appreciation

Zawód pokerowego dziennikarza i turniejowego reportera to robota bardzo specyficzna. Aby ją wykonywać potrzeba wiele samozaparcia i samodyscypliny. Pokus na zboczenie na złą ścieżkę, na przejście na złą stronę mocy, jest bez liku, przy czym domowe pielesze potrafią być równie niebezpieczne jak kasynowe side eventy na barze.

Łatwo się rozleniwić, gdy większość dnia spędza się we własnym łóżku. Brzuch rośnie, kondycja fizyczna już dawno sięgnęła dna, a sytuacji wcale nie poprawia to, że wszystkie piwa świata w sklepie zdają się do mnie mówić, puszczają zalotne spojrzenia, komplementują korzystną stylizację lub chociaż umyte włosy. Jak raz uwierzy się w te czułe słówka, to przygoda kończy się w sposób, w jaki skończyło wielu wilków morskich w kontakcie z syrenami. Nie można się dać namówić, tylko trzeba robić swoje. Czasami się to nie udaje, ale to może opowiemy sobie o tym w innym odcinku.

Robienie swojego to fantastyczna robota. Jeśli akurat dziennikarz znajduje się na twórczej górce, to nie ma przyjemniejszej pracy od tej. Tematów do opisania jest cała masa. Słowa układają się w miarę sensowne zdania. Człowiek po naciśnięciu przycisku „Opublikuj” nie wstydzi się tego, co napisał, nie chowa się do ciemnej szafy, nie wypuszcza się w sklepowe, dobrze znane alejki po to, żeby jego półkowe towarzyszki pomogły mu ukoić ból wynikający z twórczej niemocy. A bywają dni, że właśnie tak się dzieje. Że dusza się kisi i dusi i właściwie nie wiadomo, czy to, o czym do Was piszę, kogokolwiek obchodzi.

Wszystkiemu winny bezduszny Internet

Co by nie mówić o Internecie, bez którego nie wyobrażam sobie współcześnie życia, można w nim zrobić niemal wszystko. „Przez Internet nie można się tylko dotykać, całować i uprawiać seksu – w klasycznym rozumieniu tego słowa. No i bąki mniej śmierdzą po drugiej stronie szkiełka” – pisałem w tekście o kontrowersjach związanych z programem PokerStars VR.

Wydaje mi się, że opisując w sposób bardzo obrazowy to, czym jest globalna sieć, zapomniałem odnieść się do jej największej ułomności. W wirtualnym świecie bardzo ciężko jest wyrazić jakieś głębsze, wartościowe emocje. Jakieś prawdziwe odczucia i uczucia. Umówmy się – kliknięcie w ikonę kciuka czy serduszka traktować powinniśmy raczej jako odhaczenie, odfajkowanie czegoś, a nie nasycony emocjonalnie komunikat. Potrzeby wyrażania ludzkich odczuć i emocji nie da się przecież sprowadzić do kilku emotikonek na krzyż.

Emotes

A wystarczy zrobić maleńki krok poza bezbarwny, uproszczony wirtualny świat i wszystko od razu wygląda bardziej optymistycznie.

Prawdziwe emocje pojawiają się dopiero przy spotkaniach twarzą w twarz

Jako dziennikarz, który większość pracy wykonuje z łóżka, nie mam wielu okazji do kontaktu ze swoimi Czytelnikami; mówię oczywiście o spotkaniach w realnym, „analogowym” świecie. Brakuje mi tego, bo w czasie bezpośrednich spotkań, gdy trzeba swojemu rozmówcy patrzeć w oczy, obie strony rozmowy są znacznie bardziej wylewne i szczere. Tu nie ma żadnych ikonek, których kliknięcie rozwiązywałoby dany temat. Jeśli chcesz ganić, musisz mieć odwagę to jasno wyartykułować. Nie inaczej jest z pochwałami – mam świadomość, że czasem powiedzenie komuś miłych słów również może nastręczać pewnych trudności.

Poker Fever Doro

Dlatego też niezmiernie Wam dziękuję za wszystkie dowody sympatii, które otrzymuję w trakcie moich wizyt w Ołomuńcu oraz w trakcie innych spotkań na żywo i poprzez Facebooka. Dziękuję również za słowa konstruktywnej krytyki. Jestem zdania, że pozytywne i negatywne opinie w ogólnym rozrachunku smakują podobnie, bo są szczere, bo mówi mi je ktoś, kto patrzy mi się w oczy lub ściska moją dłoń w dowód uznania.

O tych wyjątkowych spotkaniach chciałem Wam dzisiaj nieco opowiedzieć. To własnie one dają mi motywację do codziennego pisania.

Nie gram w pokera, ale podoba mi się to, co robisz

Pisałem Wam niedawno o pozdrowieniach, które Jack Daniels otrzymał od mamy Kaczmarola. Mimo iż naczelny Pokertexas robi w tym biznesie kilkanaście lat, to jednak ten komplement, ten dowód uznania dla jego reporterskiej pracy, a przecież przez tyle lat musiało być ich mnóstwo, znajduje się w jego prywatnej absolutnej czołówce pod względem wrażenia, jaki wywarł na nim samym.

Ja też, a było to dosłownie wczoraj, otrzymałem od jednego z Czytelników wyrazy uznania, które śmiało mógłbym zaliczyć właśnie do tej najważniejszej kategorii – nazwijmy ją umownie „Dowody uznania od osób niezwiązanych z branżą”. Kolega tej osoby, który w tym przypadku robił za posłańca wiadomości, powiedział mi w jej imieniu niesamowicie miły komplement: „Po przeczytaniu twoich blogów, chce mi się przyjść tutaj i spróbować zagrać w pokera” (byłem wczoraj na małym pokerowym spotkaniu). Czego może więcej chcieć pokerowy redaktor?

Zanim przejdę do kolejnego punktu, pozwolę sobie na słowo komentarza. Wszystkie wyrazy uznania są wartościowe i potrzebne – tak, nie boję się tego otwarcie powiedzieć, są potrzebne, bo my też musimy mieć jakieś „motywacyjne paliwo” do dalszego działania – ale te pochodzące od cywilów odbieramy w sposób wyjątkowy. Wynika to z naszego podejścia do pracy, którą wykonujemy. Każdy z nas dokłada codziennie swoją cegiełkę do tego, aby – użyję tutaj pompatycznego wyrażenia – zmienić oblicze pokera w Polsce. I nawet jeśli ja robię zaledwie ułamek tego, co mój serdeczny kolega z redakcji Pokertexas, a tak rzeczywiście jest, bo Jack pisze autorskie teksty, działa w mediach społecznościowych, prowadzi pokerową audycję w radio i wszędzie jest go po prostu pełno, to cel przyświeca nam ten sam – chcemy, aby w naszym kraju były zdrowe, normalne warunki do gry w pokera. Komplementy od cywilów są dla nas najlepszym dowodem na to, że to co robimy, ma sens. Dzięki nam ktoś nowy zaczął myśleć w inny, właściwy sposób o grze. Ktoś zamierza spróbować gry. Czuję, że dobrze wykonaliśmy swoją pracę misję. Dlatego te słowa mają dla nas wyjątkową wartość.

Lubię, jak piszesz o czymś innym niż tylko o pokerze

Przykład pierwszy z brzegu. Moja narzeczona. Nawet dziś powiedziała mi, że lubi, gdy piszę o sprawach innych niż poker. Nie ma to jak wsparcie w domu…

Ostatnio na Poker Fever rozmawiałem z graczem, który powiedział mi, że bardzo lubi czytać te odcinki mojego bloga, w których opisuję swoje górskie podróże. Było to bardzo miłe, mimo iż nie dotyczyło pokera.

[BLOG] #36 Krew, pot i łzy – zakończenie

Swojego bloga traktuję jako przestrzeń, w której mogę poruszać sprawy o różnorodnej tematyce. W mojej opinii taka jest ogólna idea blogowania – wolność w doborze tematyki. Mój blog akurat „wisi” na portalu pokerowym, dlatego dominują w nim wpisy związane z grą pokera, ale nie ukrywam, że często mam pokusę, aby pisać o czymś zupełnie innym – o podróżach, marzeniach, przemyśleniach, najbardziej zwariowanych zdarzeniach, z którymi mam do czynienia i z którymi chcę się z Wami podzielić. Rozumiem, że jednym się to podoba, a innym – pokerowym konserwatystom – nie. Jak to w życiu…

Podoba mi się to, ale coś innego mniej

Świat nie jest tylko czarny i biały. Pisanie nie jest jednoznacznie dobre, złe czy przeciętne. Są momenty i teksty lepsze i gorsze. Ja to rozumiem i akceptuję, dlatego też ucieszyłem się, jak jeden z moich Czytelników powiedział mi w Ołomuńcu, że: „Podobają mi się twoje autorskie teksty. Lubię je czytać, jednak jeśli chodzi o relację, to wolę śledzić tę na Pokertexas”.

Daj mi, o losie, żebym ja miał tylko takie problemy, że coś lepsze jest u Jacka. Swoją drogą, to żadna ujma być na drugim miejscu. Fakt to ostatnie miejsce w stawce, bo obecnie w Polsce właściwie tylko my robimy relacje z turniejów pokerowych, ale – mówiąc już zupełnie poważnie – znam swoje miejsce w szeregu. Kilkanaście lat doświadczenia nie da się w żaden sposób porównać z niecałymi trzema, którymi ja zajmuję się tą tematyką. Dobrze jest, jak jest, zupełnie mi to nie przeszkadza. Dziękuję za konstruktywną krytykę.

Spontaniczne dowody uznania

Jeśli śledzicie mój profil na Facebooku, to pewnie już widzieliście, jaki prezent ostatnio otrzymałem od jednego z uczestników festiwalu Poker Fever. Jack otrzymał ten sam prezent, ponieważ ten gracz jest Czytelnikiem tekstów zarówno na PokerGround, jak i na Pokertexas.

Kufel jest piękny, ale to odznaka jest BEZCENNA… Kolejny najwspanialszy moment w pracy. Dziękuję <3

Publiée par Doro sur Mercredi 13 mars 2019

Prezenty są bardzo miłe, ale wiadomo, że najbardziej liczy się po prostu to dobre i szczere słowo – „Podoba mi się to, co robisz”. Fakt, że moją pracę docenia ktoś, kto na co dzień ratuje ludzkie życie i dobytek, jest dla mnie czymś niesamowicie nobilitującym. Jestem pełen podziwu dla osób, które zawsze gotowe są do tego, aby wkroczyć do akcji, aby – nieraz z narażeniem własnego życia – nieść pomoc potrzebującym. Szacunek płynie w obie strony.

I na koniec ostatnia przyjemna historia. Było to już kilka Feverów temu, gdy od grupy graczy otrzymaliśmy z Jackiem prezent w postaci butelki 40% soku z lynchburskich gumijagód. Panowie przyszli do naszego stołu prasowego w Ołomuńcu, pogratulowali dobrej roboty i zostawili zacną butelczynę. Mimo iż był to już któryś dzień relacji z rzędu i zmęczenie dawało się we znaki, nastąpił natychmiastowy przypływ energii. Uprzedzając pytania, nie było to pokłosiem tego, że zajęliśmy się z Jackiem smakowaniem zawartości butelki.

Podsumowanie

Wyrazy uznania, które odnoszą się do mojej pracy, są dla mnie bardzo cenne i istotne. Na co dzień dają mi one motywację do dalszego działania, jednak ich pozytywną moc najbardziej odczuwam w chwilach, gdy tej weny bardzo brakuje, gdy jest mi źle i gdy nic mi się nie chce. Słowa uznania sprawiają, że człowiek zaciska zęby i mimo trudności bierze się do pisania, bo wie, że z drugiej strony ekranu jest Czytelnik, który czeka na jakiś tekst i który docenia pracę i trud włożony w jego napisanie.

Już na koniec – co wcale nie jest mniej ważne – dziękuję tym osobom, które przekazują mi słowa konstruktywnej krytyki. To dzięki Wam mogę się rozwijać.

Do zobaczenia w trakcie eventów na żywo.

PPPoker: Szukamy złota w chińskim El Dorado!

PokerGround Polska