Witam wszystkich Czytelników. Elvis nie żyje, królewna Diana nie żyje, nawet najstarsza kobieta świata ostatnio umarła. Ja również czuję się coraz słabiej, ale ale – Blasco żyje. I póki żyję, nie zamierzam Wam odpuszczać. Tabasco czas zacząć!

Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad formułą tego mojego tu pisania. Ni to blog, ni to felieton (zazwyczaj wykastrowany, bo naczalstwo nie pozwala pisać ani o polityce, ani o religii – o gejach nawet nie wspominając). Jak czytam stare odcinki, to mam wrażenie, że było ciekawiej. Postaram się więc, żeby znowu było interesująco. A jeżeli tak ma być, nie ma wyjścia – trzeba pisać po pierwsze o tym, o czym ma się pojęcie, a po drugie o tym, co się lubi. Będzie więc o książkach.

Nie nastawiajcie się jednak na recenzje nowości wydawniczych, czy światowych bestsellerów. W rozpoczętym dzisiaj cyklu mam zamiar poopowiadać Wam o książkach, o których prawdopodobnie nigdy nie słyszeliście. Książkach, do których lubię wracać. Bo tylko takie warte są miejsca na mojej specjalnej półce. Reszta, czyli około 1.5k zgromadzonych i w większości przeczytanych przeze mnie tytułów, pałęta się po półkach drugorzędnych, pudłach na działce, czy regałach w piwnicy.

Dzisiaj będzie o wuju. Wuju Oswaldzie.

Roald Dahl

Jakiś czas temu znajoma z zaprzyjaźnionej redakcji (znacie Kejsi, znacie) zadała światu pytanie o polecaną książkę. Bez zastanowienia odpisałem „Wuj Oswald”. Jest to książka, którą mogę polecić każdemu, nie znając jego literackich, czy żadnych innych upodobań. Czyta się leciuchno, brzuch boli ze śmiechu. Autor – Roald Dahl.

Znacie typa? Powinniście. Kojarzycie „The Gremlins„? A „Charlie and the Chocolate Factory„? Te historyjki wymyślił właśnie Roald Dahl. I masę innych rzeczy (w tym książkę o Wielkomiludzie, której nieznajomość skutkowała odpadnięciem przeze mnie z finału polonistycznej olimpiady. Nigdy jej nie przeczytałem – zbyt głęboki czuję uraz).

I chociaż gros jego twórczości to książki dla dzieci, dla mnie jest autorem przede wszystkim jednej, o której dzisiaj.

Aha, zanim opowiem Wam o wujku Oswaldzie, nie zaszkodzi wspomnieć o pewnym szczególe z życiorysu autora. Otóż w czasie II wojny światowej zarabiał na chleb jako brytyjski szpieg, uwodząc bogate Amerykanki…

A więc do Wuja. Książka jest formalnie swojego rodzaju pamiętnikiem narratora, w tym wypadku bratanka czy siostrzeńca rzeczonego Oswalda. Piszę z głowy, nie pamiętam. Ale to nieważne. Ważne, kim wujek Oswald był. A był po prostu miłośnikiem życia. Życia, czyli kobiet, luksusu i pełnej wolności. I swoje hobby realizował z rozmachem i korzystał do oporu zarówno z kobiet, luksusu oraz wolności.

Książki Wam opowiadać całej nie będę, powiem tylko o dwóch głównych osiach fabuły. Pierwszy wątek – Oswald przywozi z Sudanu kontener sproszkowanej majki sudańskiej (czyli hiszpańskiej muchy) i sprzedaje ludziom z towarzystwa za ciężkie pieniądze. Na tym robi fortunę. Wątek drugi – korzystając z pomocy pięknej znajomej i zaprzyjaźnionego naukowca, rusza ze swoim magicznym proszkiem na podbój Europy. A dokładniej – na podbój rozporków najznamienitszych postaci swoich czasów. Po co? Otóż po to, żeby zdobywszy bezcenny materiał genetyczny geniuszy, za ciężkie pieniądze sprzedawać go bogatym snobkom. Może chciałaby pani mieć dziecko z królem hiszpańskim? A może z Monetem? Z Freudem? Proszę bardzo!

Wszystkich delikwentów oczywiście uwodziła piękna znajoma Oswalda, a „materiał” konserwował skaptowany naukowiec. Gdy się trafił nieprzesadny miłośnik kobiecych wdzięków, wtedy nasza piękność przebierała się za chłopca. I tak dalej, i tak dalej. Kto przeczyta pierwszą stronę, ten nie spocznie, dopóki nie przeczyta książki do końca. Gwarantuję!

My Uncle Oswald, 1979, wyd. pol. Wuj Oswald, Krajowa Agencja Wydawnicza, 1989

Do następnego razu!

Playstation 4 PokerGround