Swoją wyliczankę napisał Jack Daniels, napisał Doro, nawet Jerzy Urban kiedyś napisał – napiszę alfabet i ja. Na koniec roku popuszczę wodze fantazji i zaserwuję Wam podróż przez zakamarki mojej jaźni. Będzie pokerowo, będzie nie-pokerowo – jedna literka, jedno hasło, więc pominiętych z góry przepraszam. Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Konspektu wcześniej nie było. Zaczynamy!

Alchemika kot

Alchemik to taki zawodnik, który zamienia ołów w złoto, czyli robi coś z niczego. Szef naszej szajki nieprzypadkowo nosi takie pseudo – sami widzicie, że w polskojęzycznym internecie są dwa pokerowe portale – PokerTexas i PokerGround i długo, długo nic. Za sukcesem tego drugiego stoi, między innymi czarodziejami, właśnie Alchemik. Ale nie o nim tutaj będzie , ale o jego kocie.

Otóż kot Alchemika ma profil na fejsie. Profil na fejsie kota Alchemika ma tysiąc razy więcej polubień, niż mój profil. Nic dziwnego – kot Alchemika jest ode mnie dużo ładniejszy i co równie ważne – pisze mniej głupot. W zasadzie niczego nie pisze. Po prostu jest i swoim jestestwem oznajmia światu – jam jest król i macie mnie wielbić.

I na tym niestety najczęściej polega popularność w internetach. Wystarczy ładna buzia czy ładny cycek, żeby zdobyć rekordową, niczym nieuzasadnioną popularność. Wkurza mnie to i nic na to nie poradzę, chociaż oczywiście wiem, dlaczego tak jest. Niestety jeszcze nie doszedłem do takiego etapu, że mam gdzieś rzeczy, na które nie mam wpływu. I obawiam się, że nigdy nie dojdę.

Broda

W marcu postanowiłem zapuścić brodę. Po raz pierwszy w życiu. Był to pewnego rodzaju czelendż, o którego szczegółach rozpisywać się nie będę – są tu nieistotne. W każdym razie po pół roku zarost na moim pysku zaczął przypominać prawdziwą brodę. Żeby było ładniej, do kompletu ogoliłem głowę. Nie wiem, czy było ładniej, ale Doro powiedział, że wyglądam dostojnie. Dobre.

Mi się jednak wydaje, że po prostu zapuszczona broda ukryła połowę mojego szpetnego pyska. I do tego chyba właśnie służy zarost. (Sorry, dziewczyny, Wy macie makijaże. Sorry River, to nie o Tobie, Ty jesteś wyjątkiem). Tak czy siak, moja broda jest już wspomnieniem i nie zamierzam tego eksperymentu powtarzać. Dla mojej kobiety jestem ładny taki, jaki jestem i to mi wystarczy.

CeWuKaeS

Centralny Wojskowy Klub Sportowy Legia Warszawa. Ani on centralny, ani tym bardziej wojskowy, ale mój. Dzisiaj na mecze nie chadzam, bo mieszkam w Toruniu i na Elanę mi się łazić nie chcę, ale w czasach młodości meczyków nie odpuszczałem. A kiedy ta młodość? Pierwszy obejrzany mecz na żywo to było spotkanie z Jagiellonią Białystok na Łazienkowskiej w Warszawie. Na Żylecie. Na drewnianych ławkach. W roku 1992… Mam jeszcze gdzieś ten bilet.

O moim stosunku do kibicowania pisałem już nieraz. Jak z seksem – lepiej uprawiać niż patrzeć, jak robią to inni. Poza tym podniecanie się rywalizacją, która często rywalizacją sportową nie jest (mecz sprzedam niedrogo), jest już totalną durnotą. Jednak nie o to tu chodzi. Chodzi o czysto ludzką potrzebę należenia, która u mnie wyjątkowo występuje w ilościach śladowych. Niemniej, gdy mnie ktoś pyta, za kim jesteś – zawsze odpowiadam, że za Legią. Rozumiecie – kto ty jesteś? Polak mały…

Doro

Doro to mój kolega z redakcji. Z racji tego, że pracujemy raczej zdalnie, a na pokerowe festiwale nie jeżdżę, widziałem go na żywo raz w życiu. Bardzo nad tym ubolewam, bo Doro (z czego pewnie nie zdaje sobie sprawy) jest balsamem na moją czerstwą duszę. Doro udowadnia, że można być dobrym, wesołym, niezłośliwym, a przy tym elokwentnym i autoironicznym. Doro uosabia wszystkie cechy, które chcielibyście widzieć u swojego najlepszego kumpla lub u swojego narzeczonego.

Oczywiście Doro ma piękną narzeczoną (gdzieś Ty ją znalazł, brzydalu jeden?), z którą niebawem się hajtnie. I jestem pewien, że będą żyli długo i szczęśliwie. Doro to wreszcie chodząca reklama Podlasia – nigdzie indziej nie spotkacie tylu naprawdę porządnych ludzi. Jakbym miał wybierać, czy spędzę emeryturę w Tajlandii, poklepując małolaty po tyłkach, czy w Białymstoku, pijąc bimber z Doro – miałbym naprawdę ciężki dylemat.

Entomologia

Entomologia Motylkowska, czyli asystentka Profesorka Nerwosolka. Moi rówieśnicy z pewnością kojarzą komiksy Tadeusza Baranowskiego: Skąd się bierze woda sodowa i nie tylko, Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa czy właśnie Antresolka profesorka Nerwosolka. Charakterystyczna łagodna, „obła” kreska, psychodeliczne kolory oraz scenariusze, w których powstaniu niewątpliwy udział miały różne nielegalne środki.

Ale po co ja to piszę? Otóż parę miesięcy temu zamiast „polubić” jedną z wrzutek na fejsie pana Baranowskiego, niechcący zaprosiłem go do znajomych. O dziwo, podziękował za zaproszenie i parę słów zamieniliśmy. Poprosiłem o autograf na moim egzemplarzu jednego z komiksów – wystałem, odesłał z autografem. Oraz taką oto laurką, narysowaną na odwrocie szczotki drukarskiej jednego z komiksów. Szacun!

Fiksacja

Tym słowem mogę określić obecny stan mojego umysłu. Ciężko mi się skupić, jeszcze ciężej coś mądrego wymyślić. Z drugiej strony nigdy wcześniej nie byłem (i nie musiałem być) równie poukładany, zwarty, gotowy i odpowiedzialny. W każdym razie wielomiesięczne napięcie połączone z permanentnym brakiem snu chyba robią swoje. Czuje się na ciągłym haju, chociaż niczego nie zażywam. Może właśnie tak wygląda prawdziwe życie, a wcześniej to był jakiś matrix?

Gra

W gry ostatnio nie grywam. Nie mam kiedy, zresztą cały mizerny bankroll dawno wypłacony na potrzeby łatania codziennych, domowych leaków. Niemniej gdy już wszyscy śpią, a super glue pod powiekami nie zdąży jeszcze stężeć – odpalam omahowy turniej i zanurzam się w baśniowy świat tej najbardziej popierdolonej z pokerowych gier. Szczerze – zrobiłem kiedyś eksperyment i zagrałem od początku w turnieju PLO korzystając w każdym rozdaniu wyłącznie z przycisku przebicia za pulę. Otarłem się o stół finałowy.

Tak czy inaczej, nic tak nie koi moich skołatanych nerwów, jak kilka nocnych godzin spędzonych na zabawie w cztery karty. Polecam! Ale nie oczekujcie cudów – podobno da się w PLO osiągać regularne wygrane, jednak niewątpliwie wiąże się to z gigantycznym volume oraz równie okazałym bankrollem. Albo z drugiej strony – wygranymi w PLO chwalą się zawodnicy, którzy swoje wyniki zbierali bardzo krótko. Tak czy siak, zabawa jest przednia!

Hazard

Hazard to ZUO!

Imponderabilia

Fenek kiedyś napisał, że pokerzyści to debile, tępe dzidy bez szkoły, i w ogóle mątwa, glątwa i głębia pod mostem. W ramach korepetycji przedstawiam Wam więc jedno hasło, którego znajomością możecie zaimponować Fenkowi, żeby kopara mu opadła.

No więc: imponderabilia to rzeczy nieuchwytne i niedające się dokładnie zmierzyć lub obliczyć, mogące jednak wywierać wpływ na jakieś sprawy. Nie dziękujcie.

Kto kozak i chce Fenka zagiąć jeszcze bardziej, może poznać kolejne trudne słowa na literę „I”: idiosynkrazja, immatrykulacja oraz, uwaga – petarda! ineksprymable.

Jack Daniels

Wtedy ujrzałem Go po raz pierwszy…

Chyba nikogo nie zaskoczył bohater literki J. Jack jest jak pianka montażowa – raz psikniesz i pączkuje, wszędzie go pełno i wszędzie się wciśnie. I za cholerę tego potem nie oderwiesz. I zdaje się, że tak w życiu trzeba. Asertywnym trzeba być i tyle. Ale to nie asertywność jest cechą, za którą cenię Rafała. Rafała cenię za to, że się ciągle uczy. Ja mogę o tym napisać, bo znam gagatka już ponad 10 lat.

Jacka Danielsa poznałem na jakiejś imprezce u Wiśni. Po tygodniach przysrywania sobie w internecie, mieliśmy wreszcie szansę poprzysrywać sobie twarzą w twarz. Nic z tego nie wyszło, Jack okazał się całkiem w porządku i oczywiście regularnie się nawaliliśmy. Potem spotykaliśmy się przy rożnych okazjach jeszcze wiele razy, i może nie były to schadzki miłosne, ale z pewnością pełne coraz większego, wzajemnego szacunku.

Jack się uczy. Jack coraz lepiej pisze. Jack coraz lepiej fotografuje. Jack coraz lepiej kuma po angielsku. Jack jest przy tym mega wkurwiający swoją megalomanią i jednocześnie, gdy trzeba, mega ujmujący swoją bezinteresowną dobrocią. Z jednej strony bachor, któremu chcesz złoić skórę, z drugiej – coraz bardziej dojrzały redaktor i człowiek. Nie miałem jeszcze okazji sprawdzić Jacka na okoliczności ostateczne, ale podejrzewam, że gdyby zaszła konieczność wspólnego użycia pięści przeciwko przeważającym siłom przeciwnika, Jack by stanął na wysokości zadania, nawet kosztem obicia ryja.

Kejsi

Koleżanka z zaprzyjaźnionej redakcji Gol.pl, znana w niektórych kręgach jako #AleTypiara. Postać tajemnicza (w życiu jej nie widziałem na oczy), niebezpieczna (swoimi celnymi typami, które udostępnia światu, niezawodnie puściła z torbami niejednego buka) i skuteczna. To w dużej mierze dzięki jej fejsbukowej akcji informacyjnej, prowadzonej na wszelkich frontach i do znudzenia, zbiórka kasy na leczenie moich bliskich zanotowała tak imponujące rezultaty.

Kejsi to jedyna znana mi kobieta, która faktycznie zna się na piłce. I z pewnością swojemu lubemu w połowie meczu nie zadaje pytania „a którzy to nasi?”. Poza tym (sama się chwali w internetach) pije wódkę. Jednym słowem – kobieta skarb.

Alfabet Blasco. Część 2

Alfabet Blasco. Część 3

Reload Bonus PartyPoker