Po kilkutygodniowej przerwie ponownie zapraszam do lektury moich niby-blogowych produkcji. Obiecuję, że dzisiaj będzie przyjemniej, niż ostatnimi razy. Tabasco zamienimy w poczciwą, zwykłą, lekko rozpapcianą ale słodką paprykę.

Dzisiaj piszę z głowy i z rozpędu. Nie znam jeszcze pointy ani scenariusza. Może będzie o pokerze, a może nie będzie. Będzie nie za długo, ale to ostatni raz tak lakonicznie. Taka mała przymiarka do bardziej regularnego pisania – czas wracać do żywych. Obliczyłem, że dam radę ze dwie godziny wieczorem przysiąść przy kompie. Ostatecznie Napoleon sypiał po 4 godziny na dobę, i żył.

Kasiu, Katarzyno!

Kilka dni temu moja „Żona”, jak zresztą co roku, nie obchodziła imienin. Ja, jak co roku, życzenia złożyłem, a do życzeń dołożyłem wisiorek (nosi), książkę (nie czyta) oraz wykwintną, samodzielnie przyrządzoną kolację (zjadła). Domyślacie się, że będzie o tej książce.

Książka, po kurtuazyjnym skomplementowaniu, wylądowała w kiblowym gazetniku. Wśród okolicznościowych wydań „Playboya” z samymi wywiadami, czy ostatnimi numerami „Historii Do Rzeczy” – mówcie, co chcecie, ale to według mnie najlepszy historyczny periodyk, odróżniający się pozytywnie od tuzina innych, wałkujących po raz setny tysiąc razy przerabiane tematy. A dlaczego akurat do kibla? A bo tylko tam mam nieco czasu na jakiekolwiek czytanie. Zwykle na dwójce.

Ale do rzeczy, czyli do książki.

Książka nosi tytuł „A ja żem jej powiedziała”, a napisała to cudeńko Katarzyna Nosowska. Tak tę panią znają dzisiejsze małolaty. Gdy ja byłem małolatem, Katarzyna zwała się Kasią, oficjalnie zdrabniając imię, jak nie przymierzając Krzyś (Antkowiak), czy Marysia (Sadowska). Tak więc Kasia Nosowska z Heya napisała książkę.

I bardzo dobrze, bo fajne to czytanie. Być może „książka” to zbyt wiele powiedziane, bo dziełko niby ma te 200 stron, ale poprzetykane to obrazkami, a czcionka taka bardziej dla niedowidzących. W ogóle to nie przeszkadza, bo na treść składa się zbiór króciutkich, jedno- dwustronicowych felietoników. Podobno zanim Kasia napisała książkę, to wcześniej swoje historyjki opowiadała na jakimś Snapczacie czy innym Instagramie. Nie wiem, nie widziałem. W każdym razie czyta się to przyjemnie – bo krótkie i strawne. Powiedzmy, że coś pomiędzy zapiskami na pudełku od zapałek Umberto Eco, a złotymi myślami Paolo Coelho. Czyli mózg od czytania nie boli, ale przynajmniej od czasu do czasu możemy uśmiechnąć się sami do siebie, gdy zrozumiemy aluzję. Jesteśmy fajni i Kaśka też jest fajna.

Bo jesss!!! (jakby powiedział Jurek Kiler).

Jest gruba i ma to gdzieś. Pali. Chwilowo nie śpiewa, ale zawsze może znowu zacząć. Wychowuje dziecko. Najchętniej nic by nie robiła, jak większość nas w tym wieku, i wcale się tego nie wstydzi. A poza tym częstuje nas, niby banalnymi, radami: że nie warto dawać trzeciej szansy nikomu, że jak facet raz uderzy, to uderzy i drugi, że tylko robimy z siebie idiotów, próbując z dziećmi rozmawiać ich młodzieżowym językiem. Czy choćby to, że tak naprawdę fakt, że mamy na fejsie w znajomych Lewandowską, wcale nie znaczy, że ona o tym wie. I nie ma się ani z czego cieszyć, ani czym chwalić. Bo prawdziwych znajomych i przyjaciół to zobaczymy (kto wierzy, to z góry – kto nie wierzy, ten nie zobaczy) na własnym pogrzebie.

I tak dalej, i w tym stylu. Po czterech wizytach w okolicy gazetnika miałem Nosowską przeczytaną. Niby babska książka, ale nie do końca. Warto poznać Katarzynę.

A tu sobie posłuchajcie, jak śpiewała Kasia (jeszcze chuda).:

Do następnego razu.

Reload Bonus PartyPoker