Witam Was po kilkudniowej przerwie.

Kwiecień nie rozpoczął się dla mnie pomyślnie. Miałem trochę problemów zdrowotnych, które gdzieś tam twórczo mnie zablokowały. Z tego powodu przez kilka dni nie pisałem, na czym ucierpiała ramówka. Potem były święta, a więc siłą rzeczy okres pracy na zmniejszonych obrotach. Gdy tylko świętowanie się skończyło, zapakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy do Zakopanego.

Bardzo potrzebowałem tej przerwy. Planowałem wyjechać na urlop bez komputera. Taka była generalnie koncepcja, żeby nie pracować na wyjeździe, bo to niezdrowe, a sprzęt miał służyć wyłącznie do wieczornej rozrywki; nawet nie planowałem odpalać żadnej sesji. To się w 99% udało, ale los ukarał mnie w ogóle za „wzięcie misia w teczkę”. Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że komputer uległ uszkodzeniu w transporcie. Tak bardzo chciałem, się spakować w jedną walizkę, że nazbyt pomogłem mojemu narzędziu pracy w zmieszczeniu się w jej wnętrzu. Poszła matryca, a właściwie ¼ tejże. Pisać mogę na wycinku ekranu. Filmu już nie obejrzę, nie zagram w grę, a i przestrzeń do gry w pokera zmniejszyła mi się z czterech do trzech slotów. Przynajmniej nie będę robił głupot.

Pięknie mi się urlop zaczął, nie ma co. Ale nie ma tego złego… Komputer miał już swoje lata, a intensywne z niego korzystanie sprawiło, że wszędzie, włączając w to wyjazdy na relacje z festiwali Poker Fever, musiałem tarabanić się z dodatkową klawiaturą. Trochę to wyglądało śmiesznie, trochę żałośnie – przynajmniej teraz będę zmotywowany do tego, żeby sprawić sobie nowy sprzęt.

Czy w dzisiejszym „Słowie na niedzielę” będzie coś o pokerze? Nie. Przez te kilka urlopowych dni całkowicie odciąłem się od tej tematyki, tak więc jeśli nawet coś istotnego się wydarzyło, to nie mam o tym bladego pojęcia. I dobrze… Raz na jakiś czas całkowity reset jest wskazany: po pierwsze dlatego, żeby nie zwariować, a po drugie, żeby uporządkować, jak mawiał bohater dzieła Pilcha, doznania. Wielogodzinne spacery (najczęściej w śnieżycy) dały mi wiele czasu na myślenie.  Jeśli coś miało się wyklarować, ustabilizować, to tak też się stało.

Za 2-3 godziny wsiadamy z powrotem w furacza i gnamy na nasze piękne Podlasie. Od jutra wracam normalnie do regularnej pracy. W planach na poniedziałek jest oczywiście ranking Weekly Ships. Powraca również ramówka, a to oznacza, że znów będziemy podglądać amerykańskich komandosów w poszukiwaniu wzorców godnych do naśladowania. Odpowiem również na stos piętrzących się skrzynkach wiadomości.

Ten tydzień chcę mocno przepracować z dwóch powodów: po pierwsze muszę podgonić wierszówkę, a po drugie chcę czynami przypomnieć Wam o tym, że od kilku tygodni na portalu hula ramówka – myślę, że ciekawa – i że jej nieobecność w ostatnich dniach to tylko zbieg okoliczności i że od jutra wszystko wraca do normy. Tak więc pobudka o 7 rano i „jechane”.

Plusem aktywnego wypoczynku w górach jest to, że człowiek nie wraca z takich wakacji rozleniwiony. Wyjścia na szlaki najczęściej planuje się wczesnym rankiem, tak więc po powrocie do rzeczywistości nie trzeba przestawiać się jakoś specjalnie na wczesne wstawanie. A że trochę mięśnie bolą, a że nogi trochę przetarte, a że między udami coś uwiera. Kurde! Po to tam jechałem, nie? W górach jest super, jak jest nie za ciężko, nie za lekko, tak akuratnie. Taki właśnie był ten wyjazd. Mam nadzieję, że niedługo ponownie się tutaj pojawię.

Biorę się do roboty oraz do intensywnej nauki, a także do codziennego grindu. Plan na ten tydzień przewiduje również oddanie roweru do serwisu i wznowienie aktywności fizycznej.

Życzę Wam pięknej niedzieli. Trzymajcie się.