Przybyłem. Zobaczyłem. Nie zwyciężyłem – ale za to bardzo dobrze się bawiłem. Legalne pokerowe rozgrywki w końcu zawitały do Białegostoku. W ostatnią sobotę rozegrano inauguracyjny turniej, który, mam taką nadzieję, był tylko preludium przed rozpoczęciem regularnych rozgrywek ligowych.

Na ten dzień czekałem bardzo, bardzo długo. Myślę, że nie jestem jedyną osobą, która z lekką zazdrością spoglądała w kierunku Warszawy, ale też i w stronę innych ośrodków, w których prężnie działają legalne pokerowe rozgrywki. Czegoś takiego zdecydowanie brakowało w Białymstoku – stolicy Podlasia, przepięknym mieście, które w moim mniemaniu znacznie bardziej rozkochane jest w grze w pokera niż, jak to się stereotypowo uważa, w muzyce disco-polo; ale, że tak powiem, to tylko moja perspektywa.

Początek pierwszego turnieju zaplanowany był na godz. 18:00, jednak już godzinę wcześniej na miejscu pojawiło się kilkadziesiąt osób, które przybyły wcześniej do klubu bilardowego Formoza, aby zagwarantować sobie udział w grze, od razu po wypowiedzeniu przez dyrektora turniejowego klasycznej formuły „Shuffle up and deal”.

Już na tym etapie wiedziałem, że Legalny Poker w Białymstoku nie zaliczy falstartu. Chętni do gry stali w długiej kolejce po to, aby dopełnić formalności związanych z wypełnieniem startowych deklaracji i zarejestrować się do turnieju. Wtedy sobie pomyślałem, że jeżeli organizatorzy podlaskiej odsłony legalnych rozgrywek mieli jakieś wątpliwości, czy angażować się w prowadzenie tego projektu, to już na godzinę przed inauguracją kamień musiał spaść im z serca; kolejne minuty mijały, a kolejka spragnionych gry pokerowych amatorów wcale nie malała. Myślę sobie, że to dobry prognostyk na przyszłość.

Czujcie się jak w domu, komu ginu, komu dymu?

Siadamy do stołów. Przy moim panuje fantastyczna atmosfera. Poznajemy się, wspólnie rozszyfrowujemy nominały żetonów. Każdy z nas podkreśla, że poker to dla niego przede wszystkim dobra zabawa, na którą składają się rozmowy przy stole, drink lub siedem, oczywiście na polepszenie jasności widzenia, i radość z tego, że można pobawić się żetonami i co rusz rozwiązywać umysłowe zagadki, ciągnące się od fazy preflop aż do samego rivera.

© LP Białystok

I tak mijały nam kolejne godziny na wspólnym grindzie. Gra kleiła mi się całkiem dobrze, chociaż nie brakowało wahań. Najpierw wygrałem sporą pulę z kolorem. Jakiś czas później moje KK nie dały rady Ax przeciwnika – na boardzie ułożył się kolor dający podział puli. Potem popełniłem błąd i zrzuciłem top parę z dobrym kickerem na turnie do all-inów dwóch graczy. Wiecie, co się okazało? Obaj dobierali do koloru, ten się nie uzupełnił, a pulę zagarnęło T-high! Musiałem mieć minę, jak po wypiciu szklanki soku z cytryny…

Nie twierdzę, że po tym rozdaniu stiltowałem, bo tak nie było – nie czułem żadnej presji związanej z grą w turnieju, chciałem się po prostu dobrze bawić – ale jak się okazało, w żadnym momencie w dalszej fazie nie miałem już większej liczby żetonów niż przed tym rozdaniem. Chwilę później moje KK nadziało się na slowplay’owane AA jednego z rywali i na dwie pary z flopa Championa (Mateusza), który dzięki pogonieniu nas nabudował się do pokaźnych rozmiarów. Musiałem ponownie dokupić się do gry.

Podobało mi się to, że w tej fazie nawet powrót ze stackiem startowym zapewniał mi te kilkadziesiąt blindów na ruchy. Niestety nie udało mi się już ponownie rozwinąć skrzydeł.

W końcu rozwiązano nasz stół. Przeniesiono mnie do stołu bilardowego. Poker w takich rozciągniętych w przestrzeni okolicznościach to ciekawe doznanie, z jakim się jeszcze nigdy nie spotkałem; odległości między graczami są takie, że czasami naprawdę brakowało pocztowego gołębia czy kruka, który roznosiłby karty.

© LP Białystok

Długo tam miejsca nie zagrzałem – przeniesiono mnie na antresolę, na której wytrzymałem może jedno okrążenie i byłem gotowy do wyjścia lub do podwojenia. Wyglądało na to, że spełni się ten radosny, ten drugi scenariusz, gdy na późnej pozycji podniosłem parę AA. Załadowałem, co miałem, do pieca, lecz niestety moje rakiety zostały połamane; przeciwnik dozbierał do koloru i przynajmniej dla mnie było już po inauguracji. Nic nie szkodzi.

Wrażenia z pierwszej edycji

W sobotę w Białymstoku podłożono podwaliny pod – mam nadzieję – długoterminową inicjatywę, która będzie jednoczyć pokerową scenę z regionu Podlasia. Cieszę się, że w dobie chorej ustawy hazardowej, która raczej się szybko nie zmieni, w końcu i u nas otworzono miejsce, w którym możemy przyjść i w zgodzie z literą prawa pobawić się grą w pokera, a przy tym wypić piwo i zintegrować się z innymi pasjonatami holdema.

To oczywiste, że do poprawy jest jeszcze wiele rzeczy – oświetlenie stołów (tych niebilardowych) i jakość kart są w moim mniemaniu sprawami, które trzeba poprawić w pierwszej kolejności – ale jestem przekonany, że są to błędy wieku niemowlęcego i zostaną one przez organizatorów szybko wyeliminowane. Tak czy tak, bawiłem się świetnie i z pewnością wrócę do gry jeszcze niejeden raz.

Teraz zmieniłem już arenę zmagań i piszę do Was z Go4Games Casino w Ołomuńcu, gdzie przyjechałem – w roli sprawozdawcy –  na festiwal Poker Fever MINI Series, na który Was również serdecznie zapraszam. Od 1 maja rozpoczynam relację z wielkiej pokerowej majówki! Śledźcie ją na łamach PokerGround.

OSTATNI tydzień satelit do Poker Fever MINI Series – 40 biletów gwarantowanych!

W międzyczasie pojawiły się też małe sukcesy. Zastanawiam się obecnie, jaki kolor Bentleya będzie pasował do mojego, dziadowskiego, stylu…

PPPoker