Gdy posłuchacie tekstów raperów, zarówno tych znanych szerszej publiczności, jak i tych, którzy swoją „nawijkę” uskuteczniają wyłącznie na ławkach i skwerach, usłyszycie, że każdy z nich najlepszym składaczem rymów jest. Zawsze gotowi do boju, teksty jak brzytwa ostre, słabym MCs zwiastujący niechybną liryczną chłostę. 

Z jednej strony podziwiam ich za ten amerykański sposób bycia i niczym niezmąconą pewność siebie. Czasem tylko współczuję, gdy ich przechwałki na mikrofonie okazują się nie mieć żadnego pokrycia w rzeczywistości. Robi się groteskowo, gdy taki rymoholik-liryczny morderca jest jedyną osobą, która nie dostrzega komizmu sytuacji.

Rapera to z ciebie nie będzie

Do sroczki, która zawsze swój ogonek chwali, choćby był wypłowiały i z przerzedzonymi piórami, jest mi bardzo daleko. Zostałem wychowany w takim duchu, że pokora i skromność popłaca i tego się trzymam. Jednocześnie momentami zazdroszczę osobom, które trąbią na prawo i lewo o swojej wielkości i zawsze, bez zająknięcia i najmniejszego skrępowania, potrafią bronić tezy, że ich racja jest najważniejsza. Czy mylą się czy nie, zupełnie nie ma znaczenia, a to z jednej prostej przyczyny – z ich punktu widzenia ich racja zawsze jest „najmojsza”, przez co jedyna słuszna.

Po tym wstępie nadszedł czas na przejście do meritum niniejszego artykułu. Celem dzisiejszego mojego z Wami spotkania jest złożenie samokrytyki. Wszystko to w myśl zasady, że dobre publiczne samobiczowanie jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło, prawda? A mówiąc zupełnie poważnie – często pierwszym krokiem do uporania się z jakimś problemem jest jego zidentyfikowanie i nazwanie, a następnie oswojenie się z nim i ustalenie planu naprawczego. Nic złego, a już na pewno nie ma w tym żadnej słabości, żeby przyznać się do błędu.

Cóż żeś złego uczynił?

Bliźniemu swemu nic. Sobie.

Jak już wielokrotnie pisałem, uważam się za zaangażowanego gracza rekreacyjnego z pewnymi aspiracjami. Owszem, zdarza mi się czasem traktować grę w kategoriach wyjścia do kina (granie powyżej możliwości bankrolla), a nie ukierunkowanego na sukces grindu, jednak takie granie uskuteczniam raczej rzadziej niż częściej. Jestem zdania, że moje podejście do pokera daje mi prawo do wymagania od siebie prezentowania pewnych postaw i zachowań, że nie wspomnę już o stałych oczekiwaniach dotyczących poziomu gry, który nie powinien schodzić poniżej pewnego poziomu przyzwoitości. W końcu nie po to studiuję, żeby przy stołach prezentować jakąś popelinę.

Tym razem nie chodzi o jakieś wielkie niedoskonałości techniczne, choć pewnie i takie by się w moim gameplanie znalazły, ale o kwestię dotyczącą sfery mentalnej. Chwilowo cierpię na znany dobrze wszystkim zespół „oczekiwania przegranego flipa i braku holda”. W tym miejscu powinienem napisać teraz duży akapit o wpływie wariancji na krótkoterminowe wyniki i wspomnieć coś o winieniu gry, a nie gracza, ale nie zrobię tego, bo na tym poziomie jest to tak oczywiste, że wstyd w ogóle o tę kwestię zahaczać. Pojawia się tylko pytanie, dlaczego, skoro dobrze wiem, od czego uzależniony jest los pokerowych wyrobników, pojawiła się złość, frustracja czy tilt?

Jeśli czytaliście ostatni odcinek mojego bloga, to wiecie, że rozważam dodanie do swojego repertuaru turniejów MTT, a nawet czasowe zawieszenie cashowego grindu. Decyzja o tym, czy robić to na pełną skalę, jeszcze nie zapadła, ale jakieś przymiarki już powziąłem i trochę pograłem w tańszych WCOOP-ach. Po tym doświadczeniu moje stiltowane ja może z nieukrywaną satysfakcją stwierdzić: „Wiedziałem, ze tak będzie. Już wiem, czemu przez tyle lat nie tykałem tego formatu. Nie flipujesz – nie jedziesz. Nie holdujesz – dołujesz”. Jako gracz głównie cashowy zupełnie zapomniałem o tym, z czym na co dzień zmagają się turniejowi grinderzy. W cashu jest sprawa prosta – cooler czy bad beat traktuje się jako płotek, nierówność na drodze, i wraca się do gry z nowym stackiem. W turniejach, szczególnie wtedy, gdy zainwestuje się w rywalizację ileś tam godzin, nagłe, brutalne odpadnięcie bywa bolesne. Jeśli mam się bardziej zaangażować w tę rozgrywkę, muszę mentalnie uporać się z tym problemem.

To jeszcze nie wszystko

Na niepowodzenia w grach online nałożyła się jeszcze niepomyślna dla mnie wariancja w grach na żywo (#NieMogęFlipnąćNieMogęHoldnąć). Raz w tygodniu spotykam się na pokerku w gronie kilkunastu rekreacyjnych graczy. Moją przewagę nad fieldem w języku hip-hopowym mógłbym opisać w ten sposób.

Czas wejść na SięPomaga i rozpocząć akcję. Spróbujcie zebrać na pomnik na cześć Lady Wariancji. I nie przyzwyczajajcie się zbytnio do moich żetonów, Wy je tylko przechowujecie, ja je wezmę do domu.

Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że po prostu mam znacznie większą wiedzę na temat gry oraz umiejętności. Kropka. Ciężko, żeby tak nie było, skoro ja się uczę, a Oni nie. Problem z tą grą jest taki, że mamy bardzo ograniczony czas na nasze spotkania, a więc blindy rosną w szalonym tempie. Zaledwie przez dwa pierwsze poziomy mogę coś pograć i gram, ale potem i tak wszystko sprowadza się do „bingo pokera”, czego po prostu nie znoszę, bo to niweluje przewagę umiejętności.

Ostatnio [nie tylko] w fazie „bingo” nie holduję, ostatnio nie flipuję, przez co pojawił się w mojej głowie defetyzm i czarnowidztwo. Podśmiechujki kolegów, którzy serdecznie doradzają zaprzestanie czytania książek i nauki, też nie ułatwiają sprawy. Trzeba ugryźć się w język, żeby w takiej sytuacji nie odwinąć się jakimś ostrym punchlinem i nie zacząć tłumaczyć im wszystkim, jak wielu rzeczy nie rozumieją. Głupie to – wiem, bo to przecież czysta rekreacja, a nie gra o złote kalesony, a ja też nie chciałbym być uznany za bufona, tak więc hold your horses i morda, waćpanie, w kubeł. Nie ukrywam, że jestem trochę zawiedziony swoją reakcją, wzburzeniem. Myślę, że jest to pokłosie tego, jak zgwałcono mnie mentalnie w czasie WCOOP-ów, a zgwałcono strasznie.

Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że przeciętny gracz cashowy jest o niebo lepszym pokerzystą niż przeciętny gracz MTT, choćby przez to, że ten pierwszy regularnie gra na 100 BB, a więc ten kierunek turniejowy wydaje się być dobrą opcją w poszukiwaniu value. Jednak zanim plany nabiorą realnych kształtów, trzeba spuścić mordę w dół i z pokorą przyjmować ślepe razy wariancji i poczekać, jak jej w końcu „okres” minie. Bez naprostowania kręgosłupa mentalnego nic dobrego się nie wydarzy. Od tego zacznę.

Do następnego.

PartyPoker - najlepszy deal - baner

Doro
Pasjonat pokera, który chciałby, żeby gra stała się ważniejszą częścią jego życia. Wybrał się w drogę z NL2 do NL100. Czy kiedyś zrealizuje swój cel?