W moim tekście pt. „[BLOG] #135 Jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z kontaktu” pisałem o tym, że przechodzę przez okres wypalenia. Powyższe stwierdzenie odnosiło się oczywiście do pokera, zarówno do samej gry, jak i do nauki. Dotarło do mnie to, że zbyt dużo czasu poświęcam jednej pasji, a zaniedbuję inne zainteresowania, a pewnie też w jakimś stopniu i niektóre obowiązki. Potrzebowałem zrobić sobie przerwę.

Ciężko mi określić, kiedy dokładnie zaczął się ten trudniejszy okres, gdyż pewnie trzeba to rozpatrywać w kategoriach nawarstwiania się czynników w rezultacie prowadzących do zniechęcenia czy zmęczenia, co pewnie stanowiło jakiś proces. Nie jest to tak bardzo istotne, jak to, że po kilku tygodniach przerwy i bardzo sporadycznym klikaniu pojedynczych turniejów, ale też jakiś krótkich, nieregularnych sesji cashowych, znowu zapłonął we mnie ogień; znów zachciało mi się chcieć.

Wszystko odbyło się w sposób naturalny. Oznacza to, że nie narzucałem sobie jakiś ciążących na mojej psychice myśli dotyczących wizji powrotu do grindu i nauki. Wychodziłem bowiem z założenia, że jak będzie się coś miało stać, to się po prostu stanie – gdy nadejdzie na to odpowiedni moment. Przy czym zakładałem, że jeśli nic się nie wydarzy, to też będzie dobrze, bo będzie to oznaczało, że tego pokera – w rozumieniu codziennej rutyny, na którą składa się gra i studiowanie – aż tak bardzo mi nie brakuje.

Dobrze być panem swojego… czasu

Wszystko zmieniło się w chwili, gdy wprowadziłem większą organizację w swoim codziennym, a następnie tygodniowym i miesięcznym planie działania. Gdy wybrałem sobie rzeczy, którymi regularnie chcę się zajmować i gdy zarezerwowałem dla nich miejsce w kalendarzu, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że do zagospodarowania pozostało jeszcze całkiem sporo nadwyżki czasowej. Nieprawdą jest to, jak słyszy się często, że na nic nie mamy czasu. Nasze błędne przekonanie na ten temat wynika wcale nie ze stanu faktycznego, ale z chaosu organizacyjnego, który sprawia, że czujemy się przytłoczeni nadmiarem nie tylko obowiązków, ale ogólnie czynności/aktywności, na które musimy wygospodarować czas.

Bez wątpienia dużą pomocą przy układaniu tych organizacyjnych puzzli były dla mnie rady zawarte w znakomitej książce Leszka Badurowicza pt. „Mental Edge”*. Jeśli ktoś z Was czuje, że, jak to mówią Anglicy, ma zbyt wiele na jednym talerzu, zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję. Jestem przekonany, że po zaznajomieniu się z tym materiałem i – co właściwie najważniejsze – przerobieniu ćwiczeń i praktycznym zastosowaniu rad, dojdziecie do tych samych wniosków co ja. Czas (doba) owszem jest ograniczona, ale możemy zoptymalizować jego wykorzystanie, jeśli tylko będziemy stosować się do pewnych prostych zasad.

Mental Edge Leszek BadurowiczPrzeszedłem ten proces, w wyniku czego ułożyłem czasowe puzzle w sposób znacznie bardziej precyzyjny niż dotychczas. Mówiąc szczerze, to o jakieś 80% bardziej precyzyjny, bo do tej pory korzystałem z bardzo bazowego sposobu zarządzania czasem. Umieszczałem wpisy w kalendarzu, jednak robiłem to bardziej po to, żeby o czymś nie zapomnieć, a nie po to, żeby różnymi aktywnościami efektywnie zarządzać. Niech osoby, które obecnie działają bez planu, wyobrażą sobie, jakie cuda mogą się wydarzyć, jeśli chaos zastąpicie zorganizowanym działaniem. Pomyślcie też o tym, w jaki sposób przełoży się to na Waszą efektywność. W moim przypadku okazało się, że tak właściwie to na wszystkie moje obowiązki i zainteresowania mam aż nadto czasu i jeśli zamarzy mi się chęć uczęszczania na lekcje baletu oraz mieszania past twarogowych, to bez problemu zdołam wygospodarować na nie miejsce w moim życiowym planie gry.

Mówią, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki

Jednak padło znów na pokera. O czym wspomniałem już na wstępie, wszystko, znaczy się powrót tej gry do łask, odbył się w sposób bardzo naturalny. Ja nigdy nie straciłem zamiłowania do samej gry, dlatego też urządzałem sobie sporadyczne sesje. W ich trakcie, trafiałem na wiele sytuacji, w których nie wiedziałem, jak powinienem zareagować. W ostatnim czasie jakoś mocno mi to nie przeszkadzało, bardziej drażniło, ale gdy tych sporadycznych sesji zaczęło pojawiać się coraz więcej, to żeby znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania, musiałem znów odwołać się do książek czy kursów. Gdy ponownie zacząłem zgłębiać niektóre tematy, szybko okazało się, że nadal kręci mnie to ciągłe zadawanie pytań „dlaczego”, a potem szukanie na nie odpowiedzi. W mig zapomniałem o chwilach, gdy mnie to męczyło, choć przecież było to całkiem niedawno.

W międzyczasie wyklarowała się w mojej głowie odpowiedź na pytanie, co doprowadziło do zmęczenia i czasowego „zawieszenia rękawic na kołku. Jak się okazało, nie chodziło tylko o to, że przez zbyt duże poświęcenie uwagi pokerowi inne pasje i obowiązki schodziły na dalszy plan. Problemem był również, i tutaj pewnie nikogo nie zdziwię, chaos w moim, nazwijmy to szumnie, systemie edukacji. Uważam, że mój sposób nauki był wysoce nieefektywny – doskonale obrazuje to powiedzenie „skakać z kwiatka na kwiatek” – przez co rezultaty, które i tak poszybowały mocno w górę w ostatnim roku, nie były do końca zadowalające.

Wszystko opiera się o odpowiednie częstotliwości

Podsumowując, mogę śmiało rzec, że za zaistniały stan trzeba winić gracza, a nie grę. Gracza, który chciał dobrze i mówiąc dosadnie, chyba jednak trochę przedobrzył. W tym miejscu przypomina mi się pewna komiczna scena: Drwale z wielkim zaangażowaniem piłują drzewa przy użyciu piły typu „moja-twoja”. Gdy ktoś pyta ich o to, dlaczego nie skorzystają z piły spalinowej, którą mają przecież pod ręką, co w znacznym stopniu przyspieszyłoby całą operację, odpowiadają, że nie mają na to czasu, bo przecież piłują.

Myślę sobie, że ja przez długi czas byłem właśnie takim drwalem, który bardzo chciał, który w pełni się angażował, ale który pracował bardzo niemądrze i nieefektywnie. Wierzę, że obecnie przy właściwym zarządzaniu czasem, jak i przy zoptymalizowaniu sposobu studiowania, uda mi się zachować odpowiednią równowagę pomiędzy istotnymi częstotliwościami, tj. między czasem przeznaczonym na pokera (grę i naukę) oraz innymi pasjami i obowiązkami, a także, jeśli chodzi o sam proces stawania się lepszym pokerzystą, między czasem poświęconym na grę i na, podkreślam, efektywną naukę.

Jak widać, nie tylko w strategii gry w pokera, ale też w życiu, najważniejszymi składnikami sukcesu jest… przestrzeganie właściwych częstotliwości wykonywania różnorodnych działań, tzw. balans. Zachowanie równowagi, czyli pilnowanie, żeby nie było nadmiarów i niedoborów, chroni nas przed wykolejeniem się zarówno w życiu, jak i przy pokerowym stole. So keep calm. Follow some rules. Enjoy life and play poker. To właśnie zamierzam robić.

/* Do tej książki podchodzę już któryś raz. Niestety do tej pory po jej przeczytaniu brakowało mi konsekwencji w stosowaniu przedstawionych w niej zasad, stąd też brak było pożądanego efektu.