Dawno nie pisałem nic w przestrzeni blogowej, a lubię to robić. W tym formacie mogę sobie pozwolić na większą dowolność tematyczną, tj. nie muszę pisać tylko o pokerze, a nawet wcale o pokerze. Dziś tego pokera nie będzie, ale mam nadzieję, że to nie będzie Wam specjalnie przeszkadzało.

W ostatnich dniach na arenach sportowych (i w bliskich okolicach) doszło do przynajmniej dwóch wydarzeń, które sprawiły mi przykrość. Chociaż może źle to ująłem, bo raczej powinienem powiedzieć, że doszło do dwóch wydarzeń, na które przykro było patrzeć.

Pierwszym z nich był powrót Garriego Kasparowa do gry w silnie obsadzonym turnieju w Chorwacji. Jeden z najlepszych graczy w historii został po prostu zmieciony z szachownicy przez grupę arcymistrzów, których w większości można nazwać szachową młodzieżą. To wydarzenie jest szokujące nie tylko z powodu wyniku, ale również z racji stylu, w jakim stary mistrz został pobity. W jednym z pojedynków przegrał w zaledwie siedmiu posunięciach (poddał się)… O matulu, jak ciężko się na to patrzyło.

Drugim przykrym wydarzeniem była dla mnie decyzja o odsunięciu od mikrofonu Dariusza Szpakowskiego. Nie bardzo rozumiem powody tej decyzji. To, że „Szpaku” się mylił w czasie relacji regularnie i zdarzały mu się rozmaite lapsusy językowe, wiedzieliśmy wszyscy od dekad, ale mówiąc szczerze, nie wyobrażam sobie ważnych wydarzeń sportowych bez Jego komentarza, bez jego głosu. Wiele lat temu nauczyłem się żyć z tymi wpadkami, zaakceptowałem je jako część show i z wielką przyjemnością i podziwem oglądałem sportowe wydarzenia w narracji Pana Dariusza. Szukamy ideałów, czy niezastąpionych kreatorów emocji?

Każde pokolenie ma swoich bohaterów, mistrzów komentarza sportowego. Pokolenie moich rodziców miało przyjemność słuchać mistrza Jana Ciszewskiego. My pokochaliśmy jego uczniów: Dariusza Szpakowskiego oraz Włodzimierza Szaranowicza. Młodsi odbiorcy przyzwyczajeni są do komentarza Mateusza Borka i Jacka Laskowskiego, i ogólnie do ekipy z orbity „Kanału Sportowego”. Normalna sztafeta pokoleń. Mój smutek wynika z tego, że jeśli rzeczywiście przyszedł już czas na zawodową emeryturę, bo pojawiła się presja otoczenia (?), to taka legenda powinna mieć prawo do „ostatniego tańca”. Jeśłi władze redakcji sportowej TVP chciały rozwiązać umowę z Panem Dariuszem, mogły poprosić go o pożegnanie się z widzami po finale europejskiego czempionatu. Zabrakło klasy, zabrakło wyczucia. Doszło do kolejnego „gabinetowego” zwolnienia.

Wielkie słowa uznania kieruję w tym miejscu do Mateusza Borka. Ten, gdy tylko dowiedział się o zmianie w „grafiku” na finał, natychmiast zadzwonił do swojego starszego kolegi i panowie po prostu porozmawiali sobie na temat odczuć w wiadomym temacie. Na zakończenie transmisji z finałowego meczu popularny „Mati” zwrócił się w bezpośrednich słowach do Dariusza Szpakowskiego: „Kłaniamy się z Wembley, kłaniamy się wszystkim kibicom, wszystkim Polakom, a w szczególności biało-czerwonej legendzie mikrofonu Darkowi Szpakowskiemu. Darek, pozdrawiam, kłaniam się nisko”.

Jak to mówił w swoim skeczu Kabaret Moralnego Niepokoju – „Jak niewiele trzeba, żeby było dobrze”. Ja sparafrazuję te słowa i powiem: Jak niewiele trzeba, żeby pokazać klasę.

Przykre jest to, że Dariusz Szpakowski prawdopodobnie nie dostanie szansy na pożegnanie się z widzami podczas dużego sportowego wydarzenia. Przed mistrzostwami Europy mówiło się o tym, że po igrzyskach w Tokio, na których ma komentować m.in. zawody wioślarzy, zakończy swoją zawodową aktywność. Z całym szacunkiem dla wioślarzy – w końcu nie ma większego kalibru wydarzenia sportowego niż igrzyska olimpijskie, a każdy uczestnik olimpiady jest dla mnie bohaterem – pożegnanie legendy mikrofonu z widzami powinno odbyć się na znacznie większej antenie. Inna sprawa – czy w ogóle opcja z IO jest jeszcze na stole?

Nigdy nie zapomnę drżącego głosu Włodzimiesza Szaranowicza, który żegnał Adama Małysza. Nigdy nie zapomnę, jak sam Pan Włodzimierz żegnał się z widzami w trakcie swoich ostatnich zimowych igrzysk olimpijskich i przekazywał pałeczkę tej cholernej sztafety pokoleń w ręce Przemysława Babiarza – łza mi się w oku zakręciła w jednym i drugim przypadku. Jeśli Dariusz Szpakowski nie dostanie szansy na godne pożegnanie, będzie to po prostu podłość ze strony wiadomej telewizji. Niestety jest jak jest i trzeba się z tym scenariuszem liczyć. Wówczas pozostanie mi tylko wiara w to, że społeczność internetowa skrzyknie się i zgotuje redaktorowi Szpakowskiemu pożegnanie, na jakie zasługuje, i podziękuje mu za ponad cztery dekady Jego zawodowej aktywności.

Pierwszy przybędę z gratulacjami, słowami uznania i wyrazami dozgonnej wdzięczności.

Doro
Pasjonat pokera, który chciałby, żeby gra stała się ważniejszą częścią jego życia. Wybrał się w drogę z NL2 do NL100. Czy kiedyś zrealizuje swój cel?