Cześć, z tej strony Doro. Dzisiejszy wpis na blogu w całości poświęcam swojej wyprawie na wrześniowy Poker Fever CUP. Jeśli nie jedziecie na ten festiwal, a chcielibyście zobaczyć, jak taki wyjazd wygląda oczami amatora, zachęcam do czytania.

Piszę ten tekst na dzień przed wyjazdem. Nie ukrywam, że udziela mi się atmosfera związana z jutrzejszą podróżą i samym występem. Jestem podekscytowany i mówiąc szczerze, to nie mogę się doczekać, kiedy zasiądę do gry.

Rok czy dwa lata temu pisałem na PokerGround serię trzech artykułów, w których prezentowałem różne warianty cenowe wyprawy na festiwal Poker Fever. Już jutro, z racji tego, że relację z imprezy poprowadzi Jack Daniels, będę miał okazję przekonać się, czy rzeczywiście miałem rację i czy „po taniości” można wziąć udział w takim wydarzeniu.

Dla wszystkich osób mniej zorientowanych – wczoraj rozpoczął się kolejny przystanek Poker Fever CUP, który potrwa od 24 do 27 września. Harmonogram rozgrywek znajdziecie – tutaj. Relację możecie śledzić na Pokertexas – tutaj.

Zadania na wyjazd

Oczekiwań co do wyniku nie mam żadnych. Moim nadrzędnym, mierzalnym celem jest wywalczenie awansu do drugiego dnia turnieju. Inne cele, których spełnienie mogę oceniać wyłącznie czysto subiektywnie, związane są z moją postawą. Chciałbym czuć wewnętrzny spokój, a idealnie byłoby, gdybym po zakończeniu rozgrywki mógł powiedzieć sobie, że jestem zadowolony z tego, co zaprezentowałem przy stole.

Moje doświadczenie w grze na żywo jest znikome, stąd też cudów się nie spodziewam. Mimo wszystko z optymizmem patrzę na mój występ – koniec końców to ciągle jest gra w pokera, tyle że samemu trzeba mieć na oku sizingi, wielkość puli i wielkość stacków rywali. Przyznam, że kontrolowanie tych wszystkich zmiennych nie jest dla mnie chlebem powszednim – online wszystkie te informacje są zawsze do naszej dyspozycji – ale po to właśnie jadę już teraz, żeby łatwiej mi było w trakcie listopadowego eventu, który traktuję jako imprezę docelową.

Jechać czy nie?

Do ostatniej chwili wahałem się, czy jechać jeszcze we wrześniu do Ołomuńca, czy spróbować przenieść temat na październik (CUP), a już na pewno na listopad (SERIES). Wszystko dlatego, że zdołałem wygrać tylko jedną wejściówkę. Skuteczność może nie jest jakaś tragiczna, bo grałem czterokrotnie i raz wygrałem, jednak dobrze wiemy, że z jednym biletem to raczej morawskiej sceny pokerowej nie podbiję. Jeśli dodamy do tego jakieś re-entry z directa, wygląda to już trochę lepiej – jest jakaś podpórka na (niepotrzebne skreślić): bad beat, cooler, uber spazz – ale do komfortowego grania daleko.

Zdecydowałem się jednak na przyjazd, ponieważ chciałbym się trochę ograć przed listopadowym Mainem. Październikowego Fevera odpuszczę, ale w tym czasie będę walczył o bilety online. Jeden na listopad już mam, tak więc na pewno się pojawię. Teraz tylko przyłożyć się do „szczurowania” w feederach z godz. 18:00, potem wykazać się w satkach głównych, i zrobić to wszystko jakoś tak, żeby z dwoma, trzema biletami pojechać. Taki wynik już by mnie satysfakcjonował w pełni (na teraz brakuje dwóch biletów). Da się zrobić.

Bieda jednak jedzie na turniej

Wyjeżdżam z Białegostoku w sobotni poranek, o godz. 06:00. Po przyjeździe do Warszawy idę sobie na jakieś śniadanko i dobrą kawę, a o godz. 10:00 wsiadam w autobus do Ołomuńca. Jeśli wszystko będzie przebiegać zgodnie z planem, będę na miejscu o godz. 16:45. Dworzec autobusowy praktycznie styka się drzwi w drzwi z resortem Hodolany, tak więc nie powinno być problemu ze zdążeniem na czas, czyli na godz. 18:00. Planuję grać tylko w dniu 1C, raz z wygranego biletu, a jak trzeba będzie poprawić, to z directa.

Nie chcąc niepotrzebnie zwiększać kosztów wyjazdu, nie rezerwowałem hotelu. Jestem realistą i szacuję, że bardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że o godz. 00:45 nie będę już siedział przy pokerowym stole, tylko przyłożę głowę do szyby w autobusie i na „glonojada” rozpocznę podróż powrotną do Polski. Jeśli zdołam awansować, to na szczęście będę miał się gdzie przespać, bo już dogadałem się w tym temacie z jednym z uczestników. It’s all good.

Jeśli myślicie, że takie „kursowanie” na długim dystansie to coś ekstremalnego, to zachęcam do powrotu do tekstu, jaki kilka lat temu zamieściłem na swoim blogu. Myślę, że było to znacznie większe ekstremum…

Z kronikarskiego obowiązku informuję, że bilet na Flixbusa na trasie Białystok-Ołomuniec (zakupiony dzień przed wyjazdem) kosztował mnie 109 zł. Spodziewam się, że w powrotną drogę też uda mi się pojechać w podobnej cenie, tak więc myślę, że wszystko jest do przeżycia. Bez wątpienia, przy lepszym planowaniu i rezerwacji terminu z wyprzedzeniem, luźno można jeszcze ściąć około 30% z tej ceny, a kupując bilet w promocji (2-3 miejsca na autokar) jeszcze więcej.

Na dzisiaj tyle – trzymajcie kciuki. Podsumowanie wyjazdu pojawi się na blogu już w poniedziałek.