W kolejnym odcinku serii „Uczmy się od Navy SEALS” porozmawiamy sobie o porażkach. W mojej opinii jest to jeden z najbardziej wartościowych fragmentów przemówienia admirała McRavena.

Admirał opowiada o tym, jak wygląda codzienność kandydatów na komandosów. Każdego dnia zmagają się oni z ogromnym wysiłkiem fizycznym. Różnorodne ćwiczenia mają wyśrubowane normy – czasowe bądź ilościowe. Nazwiska uczestników kursu, którzy nie spełnią obowiązujących norm, lądują na liście. Pod koniec dnia osoby z listy trafiają do tzw. „cyrku”, w którym przez dwie dodatkowe godziny instruktorzy serwują im kolejną porcję ćwiczeń. Ekstra wysiłek ma zaburzyć ich pewność siebie, ma odebrać im wiarę w ukończenie kursu i złamać ich hart ducha.

Nadprogramowe ćwiczenia sprawiają, że nie tylko danego dnia żołnierz jest bardziej zmęczony, ale również odczuwa zwiększone zmęczenie w trakcie kolejnych dni, co skutkuje ponownym wpisaniem jego nazwiska na listę i kolejną porcją ćwiczeń. Część osób opuszcza wówczas szkolenie, bo nie jest w stanie wyjść z tego „błędnego koła”. Jednak jakaś część kursantów korzysta na częstym przebywaniu w cyrku. Dzięki dodatkowym ćwiczeniom wzmacniają oni swoją siłę fizyczną i mentalną, dzięki czemu łatwiej jest im później radzić sobie z zadaniami podczas regularnego treningu.
Przesłanie z tej historii jest takie: Nie bójmy się (nawet częstych) porażek.

Bycie w „cyrku” łamie lub hartuje charaktery

Jeśli nie jesteście tymi szczęśliwcami, którzy wpłacili 20$ depozytu i nigdy później nie oglądali się za siebie, być może – a przynajmniej na niwie pokerowej – ten temat nie będzie Was dotyczył. Większość z nas niestety nie miała takiego szczęścia, takich umiejętności, przez co raz za razem przegrywała nie tylko początkowe depozyty, ale i relatywnie duże pieniądze – w ujęciu liczby wpisowych – na początkowych etapach pokerowej kariery. „Storbienie” rolla można porównać do znalezienia się na liście osób, którym się nie powiodło. Bankructwo rozpoczyna czas pokuty i walki o to, żeby z powrotem wrócić do pokerowych stołów. Nie wszyscy patrzą jednak na to w ten właśnie sposób.

Ciężko mi powiedzieć, ile osób zrezygnowało z gry w pokera na tym etapie – np. już w trakcie pierwszej „torby”, a ile w trakcie kolejnych upadków. Pewne jest zarówno to, że jakiś procent społeczności dała sobie spokój z grą w pokera – została złamana przez „cyrk” – a inni gracze wykorzystali tę lekcję, wzięli się do nauki i wrócili do gry silniejsi.

Ze swoich własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że zdarzało mi się po utracie środków rzucić grę w pokera w diabły. Ostatecznie jednak zawsze wracałem, gdyż dochodziłem do wniosku, że to nie moi rywale byli tacy dobrzy, tylko ja byłem taki słaby. Wiedziałem, że jeśli mądrze będę pracował, to będę miał realną szansę na powrót, a wiara w to, że po powrocie będę silniejszy, nie będzie tylko życzeniowym myśleniem. Tak też się stało. Nie udało się za pierwszym razem, za drugim… Nie wiem, kiedy w końcu się udało, bo tych porażek było bardzo dużo, ale się udało. Przestałem być graczem przegrywającym, a zostałem graczem break even, przestałem dokładać do gry w pokera.

Porażka jest częścią gry

Porażki wpisane są w grę, jaką jest poker. Występowanie czynnika losowego w trakcie jednego turnieju, w trakcie danej sesji, a już w ogóle w trakcie jednego rozdania sprawia, że ciągłe wygrywanie jest niemożliwe. Takie są realia tej gry, które każdy pokerzysta musi zaakceptować. Mówiąc bardzo górnolotnie – takie też są realia życia.

Osobiście uważam, że gracze turniejowi wystawieni są na znacznie większe obciążenie mentalne niż gracze cashowi. W turnieju nie da się tak po prostu położyć na stół nowych żetonów i wrócić do gry: straciłeś stack, więc idziesz do domu. Wizja odpadnięcia z gry jest przez to znacznie bardziej przerażająca, niż utrata stacka czy kilku stacków w trakcie rozgrywki cashowej. Szczególnie eliminacja w późnej fazie turnieju, gdy znajdujemy się blisko dużych pieniędzy i głównej wygranej, potrafi być niezwykle bolesna. Wielu zawodowych pokerzystów uznaje moment zakończenia ich przygody w Main Evencie WSOP za coś bardzo bolesnego, ale tak samo źle czuje się każdy, kto zainwestował czas i energię na wielogodzinne (online) i wielodniowe zmagania (live) w każdym innym turnieju.

Daniel Negreanu odpada przed finałowym stołem ME WSOP

Tak wygląda rzeczywistość pokerzystów. Ważne jest to, żeby po porażkach się nie zniechęcać, tylko wyciągnąć z nich wnioski i starać się następnym razem nie powtórzyć tych samych błędów. Traktujcie porażki jako jeden wielki test – determinacji, siły mentalnej, wiary. Traktujcie je jako przeszkody, z którymi po prostu trzeba się jeszcze raz zmierzyć.

Ostatecznie każda porażka tworzy podwaliny przyszłego sukcesu. Gdy już się nam przytrafi, możliwie szybko o niej zapomnijmy, a energię, którą wielu z nas traci na użalanie się nad swoim losem, przeznaczmy najpierw na zrozumienie przyczyn porażki, a następnie w pracę nad zwiększeniem swoich pokerowych umiejętności. Tylko od nas zależy, czy niepowodzenie przekujemy w sukces, czy załamiemy się i już więcej nie będziemy dotykać kart ani żetonów.

Pasjonat pokera, który chciałby, żeby gra stała się ważniejszą częścią jego życia. Wybrał się w drogę z NL2 do NL100. Czy kiedyś zrealizuje swój cel?