Za oknem skwar. Moi bohaterowie, którzy słonecznego żaru się nie boją, czyli robotnicy docieplający blok, w którym obecnie mieszkam, tak napier… wszelkimi maszynami i muzyką disco-polo, że zdecydowałem się na napisanie artykułu lekkiego w przekazie i w odbiorze, bo na nic innego mnie dzisiaj nie stać.

Punktem wyjścia do dalszych rozważań jest pewien tweet, który śmiało może kandydować do miana tweeta roku. Oto rozmowa zasłyszana w samolocie kierującym się do Miasta Grzechu:

– Czy zdążymy nauczyć się gry w pokera, zanim samolot wyląduje w Las Vegas? Słyszałem, że odbywa się tam teraz jakiś duży turniej.

– Jasne, ostatnio w czasie lotu nauczyliśmy się grać w kości.

Śmieszy mnie ta historia do łez, a jednocześnie w głowie od razu zapala się lampka ostrzegawcza. Takie rozmowy „na ulicy” pokazują, co naprawdę przeciętny człowiek wie na temat naszej gry. Jestem przekonany, że podobny dialog, który potencjalnie mógłby odbyć się w wagonie PKP, wyglądałaby niemal identycznie. W sensie osoby biorące udział w rozmowie stwierdziłyby, że owszem, jest to możliwe, ale po co to robić – skoro w pokera grają źli ludzie, a wszystko to taki sam hazard jak maszyny i ruletka.

Wnioski, które z tego dialogu można wyciągnąć, da się streścić w jednym zdaniu: postronna osoba nie wie nic na temat tego, czym jest współczesny poker. Dla nich gra traktowana jest na równi z innymi grami, które można spotkać w kasynie – czytaj z ruletką i z maszynami.

O pokerowej edukacji, o jej potrzebie i o tym, że wszyscy i w każdej sytuacji jesteśmy ambasadorami naszej gry, pisałem jakiś czas temu w osobnym tekście. Znajdziecie go – tutaj. Dziś chciałbym nieco z przymrużeniem oka porozmawiać o tym, w jaki sposób wygląda pokerowa świadomość w gronie najbliższych mi osób: żony, matki teściowej i teścia. Buckle up!

Świadomość pokera wśród najbliższych

Mama

Ostatnio zdębiałem, gdy moja mama, którą staram się edukować w wiadomym temacie, po wielu latach wbijania do głowy tego, czym się różni hazard w czystej postaci od gry umiejętności z elementem hazardowym, na moje słowa mówiące o tym, że wybieram się pograć z kumplami w pokera, odpowiedziała mi: „Synek, żebyś się tylko nie uzależnił”. W mig się zjeżyłem, bo przecież tłumaczyłem mamusi, i to wielokrotnie, jak to jest z tym pokerem. I gdy nerwowym głosem wyartykułowałem tę myśl, usłyszałem: „Dobrze, ale ja myślałam, że tylko o tym piszesz, a nie, że sam grasz”.

I co ja mam sobie teraz myśleć? Można mówić, można edukować, mogłem mieć nawet złudne nadzieje, że wszystkie niuanse, które nurtowały kiedyś moją mamę, udało mi się jej wcześniej objaśnić. Ba, w przypływie naiwności założyłem, że temat został przez moją rodzicielkę zrozumiany, a materiał teoretyczny przyswojony. Okazało się jednak, że to wszystko jak krew w piach.

„Ta, krew od razu…”.

Żona

Dobrze, że z moją żoną sobie od razu wszystko wyjaśniliśmy – jeszcze na etapie chodzenia ze sobą, przed narzeczeństwem i kościelnym zaobrączkowaniem. Póki co studentka ma się dobrze, dziękuję. Co więcej, rozbestwiła się na tyle, że gdy chce się ze mną podroczyć lub najzwyczajniej w świecie mnie podkurwić, to rzuca jakąś głupią uwagę na temat tego, że poker to hazard i patrzy, jak twarz mi z nerwów czerwienieje. Po szybkiej wymianie uprzejmości, gdy odchodzi, słyszę tylko jej szyderczy śmiech i rzucone w przelocie „Taki żarcik”.

Nie spodziewałem się, że to kiedyś powiem, ale moja żona jest obecnie jedyną osobą z tzw. cywila, czyli ze środowiska niezwiązanego z pokerem, z którą mogę o tym pokerze porozmawiać. Robimy to jednak na poziomie trochę abstrakcyjnym. Gdy chcę o danym problemie opowiedzieć, staram się jak najmniej mówić o samym pokerze, a opowiadać o czymś, co bliższe jest jej sercu. W końcu sytuacje, z którymi spotykamy się w pokerowej rozgrywce często bardzo łatwo da się przenieść na grunt codziennego życia, w jakim wszyscy uczestniczymy. Dopiero, gdy widzę, że przenośnia zaskoczy, że synapsy się zetkną, prąd przepłynie i właściwy komunikat dojdzie do bazy, to z powrotem wracam do przykładu z kartami i już teraz szczegółowo mówię, stosując oczywiście odpowiednie analogie, o tym, co takiego niezwykłego spotkało mnie w czasie pokerowej rozgrywki.

Taka to rozmowa o pokerze, tyle że tylko trochę od dupy strony – bez pokera o pokerze… Działa? Działa. Można nie znać samej mechaniki rozgrywki, z tą kwestią jeszcze ma moja żona problemy, bo po prostu nie chce się jakoś specjalnie pilnie uczyć, ale widzi „the big picture”, a przynajmniej nie ma klapek na oczach i grę pokera przyjmuje jako zestaw następujących po sobie problemów do rozwiązania, a nie grę, w której ciągnie się za jakaś wajchę, coś błyska i huczy i na końcu jest dobrze lub źle.

Teść

Skoro jesteśmy już przy trudniejszych tematach, przy wspomnianych wyżej klapkach na oczach, to o pokerze z pewnością nie porozmawiam ze swoim teściem. Jest to typ człowieka ze swoimi przekonaniami, które ja oczywiście szanuję, ale jak to z przekonaniami zwykle bywa, są one wyryte w skale i trzeba by dużo wody przez tą skałę przelać, żeby zaczęły się procesy erozyjne, jakieś minimalne drążenie i żebyśmy doszli na poziom rozmowy „o pokerze bez pokera”. Nie jestem przekonany, że chcę wykonywać taką pracę od podstaw, chociaż nie wykluczam, że kiedyś będzie to konieczne, gdy przy niedzielnym rosołku okaże się, że tata będzie chciał dowiedzieć się nieco więcej na temat tego, czym się zajmuję.

Teściowa

Teściowa również ma swoje przekonania, których będzie bronić jak lwica, ale wcale nie tak mało prawdopodobny jest scenariusz, w którym trzy lampki białego wina spowodowałyby usunięcie klapek z jej oczu, na co dzień utrudniających pełne zrozumienie zawiłości pokerowych realiów. Potem wszystko wróciłoby do normy, ale co bym zdążył przemycić w tzw. międzyczasie, to moje <3

I tak dobiłem do brzegu, chociaż w tym upalę nie obraziłbym się na lekki przeciek w mojej łajbie. Jeśli się nie roztopię, to zadzwonię do mamy i powiem jej, że prędzej się uzależnię od jedzenia czekolady – to wciąga, a nie pieniądze, które w grze w pokera są sposobem zapisywania punktacji, no i o tym, że ją kocham.

Trzymajcie się ciepło chłodno!

PPPoker