Poker Fever Series

Podsumowanie Poker Fever Series w Rozvadovie opublikowałem dwa dni temu. Poruszyłem w nim kilka wątków, ale z racji ograniczeń związanych z długością pojedynczego tekstu nie wyczerpałem tematu do końca. Jest jeszcze o czym pisać, dlatego zapraszam Was na część drugą wspomnień z King’s Casino, którą nazwałem „Rozvadov od kulis”. 

[BLOG] #59 U ojca Leona za piecem część I

Rozvadov to wieś, która położona jest pod samą granicą czesko-niemiecką. Z tego miejsca jest tak blisko do Niemiec, że szyldy nad salonami masażu, manicure i fryzjerskimi pisane są w obu językach. W ogóle cały ten kasynowy biznes prowadzony jest „pod Niemca” (obowiązującą walutą jest euro), mniej „pod Czecha” i dla innych nacji. Polskość w tym miejscu nie istnieje. Języka polskiego nie uświadczycie ani na szyldach, ani w komunikatach, ani w instrukcjach obsługi, w żadnym miejscu. Nie ma nawet „klasycznej” naklejki przy wejściu do kasyna instruującej osoby z nieczystymi zamiarami, że „Każda kradzież będzie zgłaszana na policję”. Choć może akurat to tyle dobrego… Jedynym polskim akcentem na miejscu jest zaciąg krupierów znad Wisły i jeden floor całkiem nieźle władający naszą mową ojczystą.

Chcę wierzyć, że brak polskich komunikatów wynika tylko z odległości, która dzieli Rozvadov od Polski. Moją wiarę osłabia trochę to, że na drzwiach do kasyna można znaleźć napisy w językach znacznie mniejszych państw niż Polska, które od kasyna dzieli podobna odległość. Faktem jest, że blisko do King’s Casino to my nie mamy. Osoby mieszkające na Pomorzu, na Warmii i Mazurach, w Białymstoku <3 – muszą spędzić te (minimum) 10-11 godzin w podróży, zanim będzie im dane przekroczyć próg klasztoru ojca Leona. A gdy miejsce docelowe znika, jak wioska smerfów przed wkroczeniem doń Gargamela, to i podróż potrafi się jeszcze bardziej wydłużyć.

Podróż za jeden uśmiech (i všechno)

Moje redakcyjne orły, sokoły, herosy bażanty, czyli (Bekon), Kapusta i Pan Double Vodka please (i všechno), doświadczyły cudownego przemieszczenia King’s Casino. Bekona specjalnie umieściłem w nawiasie, bo był zbytnio zmęczony, żeby wsiąść do pociągu –  jak się za chwilę okaże – byle jakiego, i doświadczyć birnamskich cudów. Za to Kapusta i River udali się na dworzec kolejowy w Pradze i zakupili dwa bilety do Plany. Oczyma wyobraźni widzę wczorajszego Rivera, który w brawurowy sposób przeprowadza transakcję.

– Kochaniutka, dwa bilety do Plany, please. I všechno – mówi, zachowując lekki dystans od szybki z przytwierdzonym doń mikrofonem, aby oddechem nie uszkodzić elektroniki. Językowe trudności nadrabia mową ciała – prawa dłoń ułożona w znak zwycięstwa tym razem potwierdza, że w podróż wybierają się dwie osoby. Kapusta wspiera go przyjacielskim klepnięciem po plecach. Pani wydaje się wszystko rozumieć. O pomyłce nie może być mowy. A jednak.

River

90 minut później, gdy są już nieopodal stacji przeznaczenia, następuje niemiłe rozczarowanie. Planá nad Lužnicí stoi przed nimi otworem. Niestety stąd bliżej mają do stolicy walca, Wiednia, niż do „kurłydołów” w Kraju pilzneńskim. Bóg mówi, że wracacie na start. Azymut Praga. Bo Plany w Czechach to są dwie, jedna właściwa, a druga nie.

Kuchenne rewolucje

O wyżywieniu w King’s Casino można mówić wiele. Przede wszystkim jest jego pod dostatkiem. Ten fakt nakłada na nas zestaw specjalnych obowiązków: śniadanie, drugie śniadanie, wstęp do obiadu, obiad, szybka „obczajka” przed podwieczorkiem, podwieczorek, kolacja, „a pójdę tylko zobaczyć, może coś rzucili” i kolacja na zamknięcie lokalu. Wraz z Jackiem Danielsem wpadliśmy w gastronomiczną pułapkę i w pierwszych dniach naszego pobytu uznaliśmy przed sobą i całym światem, że jesteśmy gastromenelami. Przy stołach pokerowych niewiele się działo, więc każdą wolną chwilę spędzaliśmy w kuchni.

Stołówka

W czasie tego pobytu każdy z nas jeden raz przesadził z ilością jedzenia. Obżarstwo przypłaciliśmy rewolucjami żołądkowymi, dlatego później wyhamowaliśmy w tej radości spożywania. Odnieśliśmy też wrażenie, że wraz ze zwiększającą się liczbą gości w kasynie jakość serwowanych posiłków leciała na łeb, na szyję. Jack wyspecjalizował się w pochłanianiu kalafiora jako przystawki, ja wpieprzałem kurczaka serwowanego na wiele sposobów. Za przystawkę brałem… inne mięso. Pod koniec naszego pobytu mieliśmy już serdecznie dość powtarzających się posiłków. A i Jacka coraz bardziej się bałem, bo widziałem w jego oczach, że za talerz domowej pomidorówki i kawałek dobrej pizzy – nie tej „one euro, one slice” – mógłby się rzucić komuś do gardła i przegryźć tętnicę.

Rozvadovskie gwiazdki 

Powodów do nerwów w czasie wyjazdu było znacznie więcej – szczególnie na samym początku naszego pobytu. Byliśmy przekonani, że będziemy mieszkali w budynku kasyna Admiral. Okazało się, że nie. Los rzucił nas do „żółtego domku”, który nie prezentował się źle, ale bardziej od 4-gwiazdkowego hotelu przypominał mi pensjonat dla przedsiębiorczych, bułgarskich studentek, które można spotkać w świnoujskiej dzielnicy uzdrowiskowej. Recepcji brak, windy brak, pokój wielkości dziadkowego chlewa. Nie ma stołu, nie ma telefonu, internet na korbkę. Wytrzymaliśmy tam jedną noc i na naszą stanowczą prośbę przeniesiono nas do Admirala.

Panie, „wożonko”. Stołu nadal nie ma, ale internet śmiga. Telefonu brak, ale miejsca jest pod dostatkiem. W końcu mieliśmy warunki do pracy i do wypoczynku. Cztery gwiazdki, z czego tylko jedna dorysowana. Co z tego, jak po kilku spędzonych w tym miejscu nocach, rano, kolbami w drzwi [nam] załomotano.

– Dzień dobry. W hotelu Admiral nastąpiła awaria ciepłej wody. Sugerujemy zabrać rzeczy i zgłosić się na recepcję kasyna. Będziemy mieli dla państwa pokój w hotelu kasynowym.

Dupę przed robotą lepiej myć w ciepłej wodzie, dlatego niechętnie, ale „call”. Nikt nie lubi przeprowadzek, szczególnie w nieznane, i to z miejsca, które już zdążyliśmy polubić. Niby główny hotel Leona ma pięć gwiazdek, ale wiadomo, że takich tutejszych, czyli cztery prawdziwe i jedna dorysowana flamastrem. Może zostańmy tutaj, przecież tę wodę muszą szybko naprawić… Jak się okazało, standard rzeczywiście był wysoki, ale wielkość komnaty znowu przypominała dziadkowy chlew. Zdecydowanie zbyt małe pomieszczenie dla dwóch osób, które przyjeżdżają na dwa tygodnie z bagażami i ze sprzętem.

Andy Warhol
Andy Wahol / Daimler Motorkutsche a Benz Patent-Motorwagen, 1987

Łatwa statuetka

W trakcie festiwalu Poker Fever Series w Rozvadovie na statuetki zwycięzców zapracowało dwóch graczy – Grinder oraz Obywatel. Poważnych prób sięgnięcia po to trofeum było znacznie więcej – najbliżej tego wyczynu był Szosti oraz Nakai w side eventach. Poker w Main Evencie zdobył przecież piąte miejsce. Najbardziej jednak rozśmieszyła mnie próba Pietrasa i Jimmy’ego.

– Doro, wypisuj bilet teraz, bo jutro gramy w team evencie. Będzie mało ludzi i łatwa statuetka do zdobycia. Mamy to! – rzekł któregoś wieczoru do mnie Pietras. A że w niektóre dni ja zajmowałem się zamienianiem ticketów z satelit na wejściówki, to dopełniłem formalności i życzyłem powodzenia. Gdy rano przyszedłem do kasyna, byłem świadkiem wyłonienia finałowego stołu. Niestety moje nadzieje na łatwą statuetkę szybko legły w gruzach. Pietras zameldował się na 9-osobowym FT… ale z trzema blindami. To tyle, jeśli chodzi o łatwą statuetkę.

Wygrana statuetka

Wspomniany wyżej Grinder postarał się o pierwszy polski sukces na festiwalu – nie liczę FT Pietrasa. Styl (bardzo) pijanego mistrza sprawdził się znakomicie. W końcu tym razem do dyspozycji mieliśmy aż cztery karty i tę naszą narodową nieśmiertelność. Polak przez większość turnieju dysponował miażdżącą przewagą w żetonach nad resztą stawki i tę przewagę potrafił utrzymać do końca, mimo iż błędnik zaczynał już płatać figle. Przy jego stole zebrał się większy rail niż później przy Main Evencie. Było głośno i straszno.

Grinder

W pewnym momencie do stanowiska reporterów przybiegł wyraźnie spanikowany Fenek, który oznajmił nam, że chyba zaraz to wszystko pieprznie, bo floor zabronił już Grinderowi podawania alkoholu. Na szczęście paliwa we krwi wystarczyło do końca; nasz bohater zdobył statuetkę na rezerwach, prawie na pustym baku, tym bardziej należą mu się wyrazy uznania. Brawo!

Dziękuję Wam za dobrnięcie do końca drugiej części podsumowania. (Chyba) trzeciej już nie będzie. Zapraszam Was do wzięcia udziału w kwalifikacjach do kolejnych eventów z serii Poker Fever na PartyPoker.

Kolejne eventy Poker Fever

W czerwcu i w lipcu karawana turniejowa wraca do Ołomuńca. Znane są już daty weekendowego minifestiwalu Poker Fever CUP – od 29 czerwca do 1 lipca – oraz 9-dniowego festiwalu Poker Fever Series, w dniach od 23 do 31 lipca. Satelity do obu wydarzeń już są dostępne na PartyPoker.

Poker Fever Series

Pasjonat pokera. Niestety do samej gry chyba nieuzdolniony (chociaż kiedyś szipnął The Hot 0,55 na ponad 7 tys. osób). Gdyby było inaczej, nie kisiłby się na mikrostawkach od - ho, ho, ho - lub jeszcze dłużej. Może to wina tego, że nie wie(dział), co to jest bankroll management. Uwielbia wszystko, co związane jest z lotnictwem oraz lubi czytać książki. Kocha ludzi i zawsze stara się w nich widzieć pozytywne strony.