Szczyt Doro

Mamy połowę kwietnia, a właśnie na ten czas obiecałem Wam kolejną aktualizację dziennika wyprawy opisującego moją podróż z limitu NL2 do NL100. Niestety jest to historia bez happy endu i co się z tym wiąże, jest to również ostatni odcinek tej serii. 

W artykule pod tytułem „Nie tak szybko, panie Żabka, bo dojdzie pan ostatni” napomknąłem o tym, że moja podróż w górę znowu dobiegła końca i że właśnie czekam na nowe, mentalne okno pogodowe, aby ten swój kamień zacząć wtaczać ponownie na szczyt.

Spadłem kolejny raz! Nie mam żadnych wątpliwości, że właśnie przez pośpiech – o szczegółach opowiem Wam w połowie kwietnia na swoim blogu, w kontynuacji cyklu, który teraz zmieni nazwę na „Wpłaciłem swój sto pierwszy pierwszy depozyt i nie oglądałem się za siebie”.

Bardzo się ucieszyłem, gdy po kilkunastu minutach od publikacji tego tekstu, w serdecznych słowach odezwał się do mnie Pentakilator. Wypłakałem mu się w mankiet, a On ze zrozumieniem powiedział mi, że wie, co czuję, bo też kiedyś znajdował się w takim położeniu. Z racji tych samych problemów zdecydował się zamienić gry cashowe na turnieje MTT. Czy mnie też czeka taki los?

Wątpię. Rozumiem argumenty mojego serdecznego kolegi, bardzo się cieszę z jego sukcesów i wiem, że doradza mi w najlepszej wierze, jednak ja nie chcę iść tą drogą. Potrzebuję tej swobody – odnoszę się teraz do swobody dysponowania czasem – którą dają mi gry cashowe. Prawdą również jest to, że od początku przygody z pokerem gry cash zawsze mnie pociągały, a turnieje online znacznie mniej.

Historia „setnej” torby?

W telegraficznym skrócie wyglądało to tak ⇓.

Setne torbiszcze

Powinieneś być na NL10, ale może by tak na chwilę spróbować wsiąść na ćwiartkę? – podpowiedział mi „głos rozsądku”. A ja posłuchałem się go. Winda do nieba ruszyła, a że kolejne piętra szybko pokonywałem, to zacząłem odczuwać złudne poczucie bezpieczeństwa. Potem stało się to, co musiało się stać, przyszła korekta i pokazała mi, że nie ma czegoś takiego jak droga na skróty; znów zapomniałem o tym, że przegranie 8-10 wpisowych, nawet bez większych błędów własnych, to nie jest taka wcale rzadko spotykana sprawa. Na tilcie to już w ogóle kaszka z mleczkiem.

Zostały mi po wszystkim jakieś resztki – „mentalne resztki”, bo to było kilkadziesiąt dolarów – ale gdy umysł zatruty jest tiltem, to wówczas człowiek patrzy tylko na to, gdzie by tu swoje drzazgi najszybciej wsunąć za linię. W tym akurat jestem dobry – wszystko rozeszło się zgodnie z ostatecznym planem zagłady.

Wpłaciłem sto pierwszy pierwszy depozyt…

Po upadku nie załamywałem się. Wiem, co do niego doprowadziło, aż za dobrze wiem, co się stało – przez te wszystkie razy zdążyłem się przyzwyczaić – dlatego też zrobiłem sobie przerwę od gry na 2 dni, a potem wpłaciłem 20$ i zacząłem rzeźbić na NL2 ZOOM w gwiezdnym roomie.

Bardzo dobrze mi się grało, mimo iż wariancja od samego początku mnie nie rozpieszczała. W końcu jednak złapałem dobry rytm i wszystko wskazywało na to, że znalazłem się na prostym kursie do NL5. Niestety znów przyszedł ten dzień, w którym skumulowały się bad beaty i coolery i wszystko runęło na łeb na szyję.

Syzyfowa praca

Miałeś, chamie, złoty róg

To, co sam sobie robię – przy dodatkowej, znacznej pomocy wariancji – jest tak irytujące, że naprawdę odechciewa się grać. Takiej kumulacji złych rzeczy mój mindset nie jest w stanie przyswoić i wtedy zaczynają się kłopoty: wyzwania spinowe, sesje MTT i inne głupie akcje. Kilka godzin później można już śmiało myśleć o wpłacie kolejnego pierwszego depozytu i snuć dalej marzenia o nieoglądaniu się za siebie.

Czy to marzenie się kiedyś ziści? Szczerze powiedziawszy, to trochę w to już wątpię… Nic, absolutnie nic nie zmienia w mojej sytuacji fakt, że pod względem technicznym z każdym dniem jestem coraz lepszym graczem. Korzystam z filmów Run It Once, z książek Petera Clarke’a oraz ze wsparcia mojego trenera. Niestety to nie braki w umiejętnościach stricte pokerowych, tylko braki w mindsecie nie pozwalają mi wygrywać – pojedyncze bad beaty w ogóle mnie nie ruszają, ale niestety ich kumulacja już bardzo. Za bardzo.

Tak sobie myślę, że mój mały dramat polega też na tym, że ja rozumiem realia tej gry, wiem, że wariancja jest jej znaczącą składową, a mimo to nie mogę sobie z tym poradzić. Więc może zamiast kolejnego depozytu kupić sobie wędkę i iść pomoczyć kija nad wodę?

Ryby

Co dalej z cyklem „Wpłaciłem setny…”?

Kolejną aktualizację o stanie mojego wyzwania obiecałem zamieścić w połowie kwietnia. Niestety zanim do tego doszło, zdążyłem rozpocząć i zakończyć sto pierwszą przygodę i na tym chyba poprzestanę. Jestem zdania, że wraz z kolejnym bankructwem format wpisów o mojej wspinaczce po limitach wyczerpał się, dlatego też postanowiłem, że będzie to ostatni odcinek tego cyklu. Ja nadal robię swoje – w końcu cel pozostaje ten sam – jednak pod tę górę będę maszerował już bez świadków.

Bardzo lekko i przyjemnie robi się wpisy, gdy można pokazać szybujący w górę wykres. Znacznie trudniej jest się przyznać do porażki, do błędu, szczególnie, że za każdym razem to ten sam błąd sprawia, że w przyjemna wycieczka w góry kończy się upadkiem z wysokości. A to już skłania mnie samego do wysnucia jednej z dwóch hipotez, a może obu jednocześnie:

  • głupi
    i/lub
  • niereformowalny.

Niestety nie mam żadnej gwarancji, że sytuacja się nie powtórzy – oddsy raczej nie są po mojej stronie –  a nie wiem, czy po raz kolejny będzie mnie stać na szczerość względem Was. A chyba tylko wtedy taki cykl ma sens, prawda? Stąd też moja decyzja o zakończeniu serii na tym odcinku i o niepublikowaniu informacji o losach sto drugiego depozytu… i ewentualnych kolejnych.

Epilog

Po publikacji każdego odcinka tej serii otrzymywałem od Was wiele prywatnych informacji. Pisaliście o tym, że znajdujecie się w tym samym miejscu, co ja, i że popełniacie te same błędy. Gratulowaliście mi szybkich awansów. Miło było słyszeć, że trzymacie za mnie kciuki. Dziękuję za Wasze wsparcie.

Do zobaczenia przy stołach – gdzieś w trakcie drogi na szczyt lub już na samej górze.

I still want to believe

PPPoker