Murowaniec

Na majówkę pojechaliśmy w Tatry. Tam jest tak pięknie, że chyba nie muszę szczególnie uzasadniać naszego wyboru. Przez 4 dni przemierzaliśmy górskie szlaki. Na trasie spotkaliśmy wspaniałych ludzi, przeżyliśmy sytuacje radosne i niebezpieczne. Pot lał się strumieniami, pojawiło się trochę krwi. Zapraszam Was do przeczytania pierwszej części mojej relacji z gór.

Z Białegostoku do Zakopanego jedzie się długo. Szczególnie wtedy, gdy do przemieszczania swojej przygrubej rzyci korzysta się z publicznych środków transportu. Podróż trwa znacznie dłużej, gdy w jej trakcie napotykają nas nieprzewidziane trudności.

Zaczęło się bardzo sprawnie. Dwie ćwiartuchny luksusowej umiliły nam drogę i szybko dostaliśmy się Polskim Busem do Warszawy. Jednak gdy weszliśmy do hali głównej Dworca Centralnego, od razu poczułem, że będziemy musieli wprowadzić korektę do naszych planów. Z pamięcią mam już problemy, czasem czegoś nie dosłyszę, ale mój wzrok działa całkiem sprawnie, toteż z odległości kilkudziesięciu metrów z łatwością wyłuskałem spośród pierdyliarda pociągów ten jeden, który akurat miał opóźnienie – oczywiście ten nasz. W pakiecie powitalnym od PKP IC mieliśmy 50 min. w plecy, co oznaczało, że nie zdążymy na przesiadkę w Krakowie na kolejnego Polskiego Busa. I oczywiście nie mieliśmy pewności czy welcome bonus się nie zwiększy.

Idę do informacji, żeby coś wyjaśnić – w sumie nie wiem co. Dowiedzieć się o jakieś odszkodowanie – w sumie nie wiem po co; potem i tak nikomu się nie chce wypełniać tych papierków dla kilkudziesięciu złotych, ale przynajmniej mam świadomość, że dla zasady powinniśmy to robić. Z góry ubolewam, że chęć wyrównania krzywd przegrywa w starciu z późniejszym lenistwem i biurokracją. Do informacji jednak nie dochodzę, gdyż drogę do okienka zagradza mi policjant, który mówi, że mają tutaj interwencję i żeby stąd terefere. Tyle się dowiedziałem.

Doro Murowaniec
Hala Gąsienicowa.

Gdy opóźnienie zatrzymało się na jakiś 60 minutach, podjęliśmy decyzję o tym, że jak pociąg łaskawie wtoczy się na peron, to jedziemy nim prosto do Zakopanego. Tak, on jechał do naszej stacji przeznaczenia, ale od Krakowa nie mieliśmy już miejscówek, dlatego wcześniej zdecydowaliśmy się na Polski Bus, który w dodatku pokonywał całą trasę o godzinę krócej. Było jasne, że bus nam ucieknie, to żeby już nie kombinować, to w Warszawie zdecydowaliśmy, że od grodu Kraka będziemy podróżować na korytarzu. Wrong!

Ścisk na korytarzu nie był najgorszym problemem, a mówię Wam z ręką na sercu, naprawdę ciężko było nawet wykonać obrót wokół własnej osi. Pech chciał, że wraz z zapoznaną parą trafiliśmy w sam środek zakrapianej imprezy dwóch turystów i jednego ni to kibola, ni to troglodyty, który podczas każdej zmiany lokomotywy – było ich 3 lub 4 – wyskakiwał z pociągu i przynosił nowy zestaw piw. Warto dodać, że pod opieką miał małego chłopca, którego pozostawił w wagonie z obcymi ludźmi; niektórzy powinni mieć sądowy zakaz rozmnażania się. Wracając do podróży, możecie sobie wyobrazić poziom żartów, które mieliśmy okazję słyszeć. Istna karuzela śmiechu napędzana wulgaryzmami i seksem, której w żaden sposób nie można było zatrzymać. Na szczęście w pewnym momencie w ten sprawnie działający mechanizm ktoś wsadził kijek i dwa z trzech ogniw się rozłączyły – turyści się pochlali i zasnęli, a potem spadali z krzesełek.

W końcu dojechaliśmy do celu. Ostatecznie półtorej godziny po czasie. Zakopane przywitało nas drobnym opadem śniegu, jednak nie było to zjawisko na tyle intensywne, żeby zaprzątać sobie nim głowę. Bez problemu dotarliśmy na kwaterę i podjęliśmy decyzję, że wyruszamy na Halę Gąsienicową do schroniska Murowaniec, a potem się zobaczy.

Szlak rozpoczynał się w Kuźnicach, gdzie dostaliśmy się busem. Wybraliśmy drogę przez Boczań (szlak niebieski), a powrót zaplanowaliśmy przez Dolinę Jaworzynki (szlak żółty). Maszerowało się bardzo przyjemnie, choć wiadomo, że przy braku kondycji nawet tak prosty szlak potrafi być męczący, tak że trochę się zasapałem. Jednak dla każdego w miarę fit wędrowca to bułka z masłem. Ja do tej grupy się niestety nie zaliczam. Jedyne trudności dla wszystkich wynikały z dużego zabłocenia w pierwszej części trasy i dużej ilości śniegu i oblodzenia w wyższych partiach. Warto się było jednak trochę pomęczyć, bo widoki po drodze były przepiękne. Gdy w końcu dotarliśmy do schroniska, zjadłem w nim najpyszniejszą zupę pomidorową w życiu – o piwie nawet nie wspominam, bo ono jest dobre zawsze i wszędzie, a w szczególności na szlaku.

Betlejemka
Hala Gąsienicowa: na pierwszym planie tzw. Betlejemka.

Robiło się już trochę późno, dlatego zrezygnowaliśmy z marszu na Świnicką Przełęcz i wyruszyliśmy na spacer w nadziei zobaczenia stawów w Zielonej Dolinie Gąsienicowej. Niestety nawet tam nie udało nam się dostać. Po minięciu kolejki krzesełkowej prowadzącej na Suchą Przełęcz (prawie na Kasprowy Wierch) zaczęliśmy zapadać się po pas w śniegu. W jednej chwili powróciły wspomnienia z bieszczadzkich szlaków, dlatego stanąłem okoniem i zacząłem promować odwrót (na drugie danie; widział ktoś obiad bez drugiego dania, Defrag?). Na szczęście kierowniczka wycieczki również doszła do podobnego wniosku i moje marzenie wkrótce się spełniło. Wjechał schabowy z kapustą i ziemniakami, wjechał drugi kufel piwa. Zrobiło się bardzo błogo. Niestety trzeba było wracać, bo nadchodził zmierzch.

Powrót żółtym szlakiem okazał się bardzo wymagający. Było potwornie ślisko, a w pierwszej części zejścia z Przełęczy Między Kopami dodatkowo wąsko. Trzeba było bardzo uważać. Potem większość trasy przemierzaliśmy, ostrożnie stąpając po mokrych kamieniach. Od pewnego momentu woda towarzyszyła nam już na stałe i prawie do końca. I kiedy wydawało się, że wszystkie trudności mamy już za sobą, jak spod ziemi wyrósł nam całkiem szeroki strumyk, a za nim cała seria mniejszych cieków wodnych, które wielokrotnie musieliśmy przekraczać. Latem pewnie nie byłoby to nic wymagającego, ale zimą – weekend majowy LOL – sprawa była o wiele poważniejsza. Ten etap kierowniczka wycieczki zakończyła ze złamanym paznokciem, co może brzmi śmiesznie, ale też z niczego się nie wzięło.

Zejście
Zejście żółtym szlakiem do Doliny Jaworzynki.

Z Kuźnic wróciliśmy taksówką, bo po godz. 19:00 już busów nie było. Nie była droga, a do tego podwiozła nas prosto pod dom, a właściwie do sklepu. Było to dobre posunięcie, bo chwile potem się okazało, że byłem tak zmęczony, że nie dałem rady schylić się po bułki. O stopniu zmęczenia niech świadczy jeszcze to, że nie kupiliśmy żadnego alko, a na wyjeździe to właściwie obowiązek. Na kwaterze zjedliśmy szybką kanapkę, poszliśmy pod szybki prysznic i równie szybko spać. Zasnąłem w pół zdania. Jutro znowu wyruszamy w góry.
1008-pokerground-728x90

Pasjonat pokera, który chciałby, żeby gra stała się ważniejszą częścią jego życia. Wybrał się w drogę z NL2 do NL100. Czy kiedyś zrealizuje swój cel?