Cześć i czołem, kluski z rosołem.

Fever, Fever i po Feverze. Cztery dni rzucania żetonami za nami, a właściwie za Wami. Moje puchary i czeskie korunki trafiły do Jarosława Chmiela, Jacka Pustuły i Michala Riczaka. Gratuluję timingu… Macie szczęście, że mnie nie było.

Tak, pozwalam sobie na suchary, bo nic innego mi nie pozostało, a tak przynajmniej trochę jest mi lżej. W głębi serca jest mi po prostu smutno, że moja pokerowa przygoda skończyła się na etapie wygranych wejściówek i zamówionych biletów na pociąg. Niestety pewnych sytuacji nie można przewidzieć. Mnie pokonał samochód dostawczy.

Ze spokojem, nie wpadłem pod jego koła. Nie wpadłem nawet po pijaku pod model zaparkowany na przydomowym parkingu, jak np. zrobił to Badyl w skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Pokonał mnie taki gratowóz, którego nawet nie widziałem na oczy i właśnie to jego niebycie przesądziło o tym, że musiałem odwołać swój wyjazd do Ołomuńca. Przeprowadzka bez dostawczaka to straszna orka na ugorze – choć i z jego pomocą lekko nie było – a czas naglił. Czyniąc długą historię krótką, furacz miał być w czwartek, a okazało się, że będzie dopiero w sobotę. Nie miałem żadnego wyboru, tak więc sfoldowałem przed flopem.

Od piątku do niedzieli odebrałem mnóstwo wiadomości z pytaniami o to, czy jestem na miejscu, czy po prostu Jack Daniels o mnie nie pisze. Sam Pan reporter też przekazał mi wczoraj w rozmowie, że wielu z Was pytało się go o powód mojej nieobecności. Gdzieś tam się anonsowałem; gdzieś tam się nieśmiało odgrażałem; z kilkoma osobami umawiałem się na jakieś piwko na wyjeździe. Za zainteresowanie dziękuję. To miłe, nawet bardzo miłe. Przepraszam, że nie odpisywałem na sms-y i wiadomości na FB, ale głównie tańczyłem z kartonami – nie uwierzycie, ale ten taniec nadal trwa – a z drugiej strony i tak wiedziałem, że szerzej o całym zdarzeniu napiszę na łamach bloga.

Bilety wstępnie przełożyłem na grudzień, ale jeszcze jest tyle czasu do kolejnego CUP-a i tyle może się zmienić, że nawet nie podejmuje się wygłaszania jakiś płomiennych deklaracji, że Ołomuniec nawiedzi w tym roku nie Ježišek, ale Santa Doro…

Update z poczynań online

Czasem sobie odpalę stolik czy dwa i właściwie to tyle…

Mam dwa powody przemawiające za tym, dlaczego nie chce mi się obecnie grać online, a musicie wiedzieć, że bardzo mi się nie chce. Pierwszy związany jest z moją nową fascynacją, jaką jest granie live. Od kiedy zacząłem chodzić na Legalnego i nielegalnego, gdzieś to klikanie w sieci zaczęło mnie trochę nudzić. Jako rekreacyjnemu graczowi brakuje mi w tej grze elementu rozrywkowego, który towarzyszy spotkaniom na żywo. To jest po prostu, jak to sobie zwyczajowo mówimy, klikanie – jakby nie patrzeć, czynność niewiele różniąca się od pracy przy taśmie. Na ten moment mogę się bez tego obejść.

I tym sposobem gładko przechodzimy do drugiego powodu, dla którego nie angażuję się w grę online. Chodzi o moje podejście do gry, które na ten moment mógłbym nazwać „całkowicie rekreacyjnie i bez spiny”.

Moja żona i ja, mimo sporej różnicy wieku, znaleźliśmy się jednocześnie w momencie, w którym wspólnie omawiamy i obieramy długoterminowe cele, jakie planujemy zrealizować. Gdzieś tam to wszystko zmierza do ustatkowania się i skupienia na tym, co jest dla nas ważne i co nas uszczęśliwia. Po mojej stronie na liście rzeczy ważnych znajduje się gra w pokera. Nie wnikając zbytnio w szczegóły, mogę tylko powiedzieć, że na ten moment muszę doprowadzić do końca kilka spraw, zanim zajmę się realizacją mojego celu w sposób, w jaki chcę to robić. Na pół gwizdka, bez wyrabiania volume, bez regularności w grze i w nauce mija się to dla mnie z celem, bo efekt będzie taki jak zawsze. Warunków do poważnej gry obecnie nie mam, stąd też cieszę się rekreacyjnym graniem live, sporadycznie online, a grind obecnie całkowicie zarzuciłem.

Razem do celu…

PS: Serdeczne gratulacje dla Jarka, który w pokera gra amatorsko, a znajduje się w wąskiej grupie graczy, którzy mogą się poszczycić trzema feverowymi statuetkami. Good job, Tygrysku. Ta trzecia to już nie w kij dmuchał. Nie ma siły, teraz już musisz celować w „majorsy”. Trzymam za Ciebie kciuki.