Witam ponownie po miesiącu. W ostatnim wpisie zapowiedziałem, że będę pisał częściej, jednak okazało się, że nie da rady. Codzienna codzienność wyklucza dłuższe posiedzenia przy kompie. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas.

No ale dzisiaj 1 sierpnia, a to data szczególna. Wiadomo o co chodzi – Powstanie Warszawskie. I choćby z tej okazji, ułożywszy bliskich do snu, naskrobię nieco własnych na ten temat przemyśleń.

Moje podejście do PW ewoluowało tak, jak zmieniałem się ja sam. Jeszcze 20 lat temu gotowy byłem lać w pysk każdego, kto poddawał w wątpliwość sens Powstania. Wiecie.. „Lepiej przeżyć sześćdziesiąt dni życiem tygrysa, niż całe życie życiem psa”, i w ten deseń. Że nie zrozumie tego ten, kto żyje życiem niewolnika. Że to trzeba być warszawiakiem, żeby zrozumieć. Ja jestem, tylko akurat teraz mieszkam w Toruniu.

No ale po latach nieco ostygłem. I zacząłem liczyć. I ta polska matematyka coraz bardziej mnie uwiera. Ceną za dwa miesiące wolności było życie ponad 200 tysięcy mieszkańców mojego miasta. I w zasadzie w ogóle całe moje miasto. Kiepskie oddsy, nie..? To co zaczęli Sowieci, mordując polską inteligencję w Katyniu, dokończyli Niemcy, wybijając kwiat warszawskiej młodzieży. Na nasze własne życzenie. W tym świetle decyzję o rozpętaniu Powstania uważam za zdradę. Odpowiedzialnych za tę decyzję powinno się napiętnować. A uczestników? Młodzież jest porywcza, honorowa i „honorowa”, podatna na manipulacje – to jej największe wady i zalety. I jeżeli w roku 1944 miałbym 18 lat, to sam bym pierwszy poszedł bić Niemca. Ale już jako ojciec osiemnastolatka, wybiłbym mu to z głowy.

Dzisiejsza rocznica dla mnie jedną z najsmutniejszych. Co roku 1 sierpnia staję na baczność o 17.00 i wzruszony słucham syren. Z nadzieją, że już nigdy podobna historia nie będzie musiała się nam przytrafić. Natomiast jeżeli okoliczności by sprawiły, że będzie okazja puścić polską młodzież z procami przeciwko czołgom, to z pewnością znajdzie się banda łajdaków, którzy to wykorzystają, oraz rzesza wspaniałych młodych ludzi, którzy za nimi pójdą. Taki to już nasz los.

*

Tradycyjnie raport z pola mojej osobistej bitwy. (Tutaj możecie poczytać o szczegółach).Leon w trakcie badań onko. Wyniki wkrótce. Daria również rozpoczęła „przygodę” z bydgoskim Centrum Onkologii. Poza tym ciągła rehabilitacja, bo ciągle brak czucia w niektórych rejonach i chodzenie o kulach. Miał być Ciechocinek, ale „polecona znajoma z wejściami” po miesiącu zwodzenia oznajmiła, że załatwiła miejsce za rok…

Rehabilitacja kosztuje majątek. Tym bardziej jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy wspomogli nas w tym trudnym okresie oraz tym, którzy wciąż to robią. Bez Was musiałbym chyba zhandlować nerkę, żeby się w tym wszystkim ogarnąć.

Dziękuję i do następnego razu.

monster series lipiec 2018 baner