Poker Fever Series - Sims i Doro

Czy byliście kiedyś w press roomie? Czy mieliście okazję od kuchni przyglądać się powstawaniu relacji z turnieju pokerowego, np. z Poker Fever? A może śledziliście produkcję innego wydarzenia sportowego, w którym udział biorą zawodnicy reprezentujący różne narodowości?

Dziś opowiem Wam nieco o atmosferze, która panowała w press roomie w czasie zakończonego niedawno festiwalu Poker Fever Series. Z racji tego, iż przeważająca większość uczestników tego wydarzenia pochodziła z Polski lub z Czech, w miejscu, w którym pracowali korespondenci, trwała polsko-czeska wojna podjazdowa.

Wszyscy jesteśmy Polakami

Poker jest grą, którą uprawia się samodzielnie. Nie zmienią tego żadne eventy drużynowe, nawet te, w których o bransoletki WSOP rywalizuje w parach czy w zespołach kilkuosobowych. Z natury gra się w pokera w pojedynkę i dla siebie.

Gdy prowadzę relację z Poker Fever, zmienia się nieco moje podejście do pokerzystów. Uczestników Main Eventu – i każdego innego turnieju bocznego – nie postrzegam jako zbioru indywidualności, tylko już w pierwszym kroku nakładam na nich filtr, nazwijmy go, militarny: swój-obcy. Jeśli jest „swój”, to o nim piszę, ściskam za niego kciuki, kibicuję mu. Gdy jest „obcy”, to piszę tylko wtedy, jak już muszę.

Swój-obcy

Gdy w gronie uczestników turnieju dominują tylko dwie nacje, to może to się komuś podobać lub nie, ale gracze stają się poniekąd reprezentantami swojego kraju, przedstawicielami jednego z dwóch zwaśnionych obozów. Wiem, jak szumnie, dumnie i pompatycznie to brzmi, ale przynajmniej tak widzę to ja, czyli osoba komentująca wydarzenia. W ten sam sposób postrzegają to również nasi koledzy – gwoli ścisłości pochodzący ze Słowacji – i koleżanka z Czech, z którą wspólnie pracujemy w czasie relacji.

Press room – w Ołomuńcu to wydzielony stół dla reporterów – jest miejscem „świętej wojny” na argumenty, na narodowe barwy, na docinki i „podpierdółki” – Dorosław

Poker Fever Series – marzec 2018

W czasie ostatniego festiwalu honoru polskich graczy niestrudzenie broniłem wraz z Jackiem Danielsem. Był to już mój trzeci duży Fever (na cztery, które się odbyły), ale z rywalizacją między dziennikarzami z Polski i z Czech zetknąłem się po raz pierwszy. Wcześniej nie było jakoś okazji. Mniej się znaliśmy. Na mniej mogliśmy sobie pozwolić. Teraz już nie ma litości…

Pierwsze koty za płoty

Pierwszy ruch zaczepny nie wyszedł z naszej strony, tylko ze strony Andrei, reporterki Pokerzive. W czasie rozgrywania stołu finałowego Poker Fever CUP zaczęło się przekomarzanie odnośnie tego, kto ostatecznie wygra. Niewiele sobie z tego robiliśmy z Jackiem. Oczywiście, jeden z Czechów miał dużą przewagę w żetonach, ale gdy gra wchodziła w decydującą fazę, Polacy mieli znacznie więcej reprezentantów przy stole.

„Na pewno wygra Marian Vacha” – prowokowała nas Andrea. „Wygra, chyba na fujarce” – nie pozostawaliśmy jej dłużni. Gdy emocje przybrały na sile, a ciosy sypały się po równo z obu stron, nasze groźby dosięgły już nawet Mostu Karola i Hradczan. Królewską dzielnicę miał nawiedzić Andrzej Kmicic i zrobić tam porządek, jak swego czasu w butrymowskich Wołmontowiczach.

Hej, kto szlachta – za Kimicicem! Hajda na Wołmontowicze. – Jacek Kaczmarski

Andrea i Jack Daniels
Andrea i Jack Daniels

Godzina próby

Gdy Wyrzyk ostatecznie uległ w heads-upie lokalnemu graczowi, no nie powiem, było ciężko. „Mała” skakała, biegała, cieszyła „michę”. Podobnie zachowywało się grono osób dopingujących Mariana Vachę. Jack i ja schowaliśmy nosy w komputery i udawaliśmy, że ich nie słyszymy.

Niestety w gronie osób fetujących zwycięstwo Czecha znajdował się jeden jego rodak, który już wcześniej mnie trochę stiltował – trochę wypił i zaczął mi „sapać” nad uchem o zwycięstwie Vachy, gdy gra odbywała się jeszcze w kilka osób. Coś tam nawet mu odburknąłem, gdy złapał mnie za ramiona i próbował forsować swoje racje. Z nim się nie znałem; jego docinki mi przeszkadzały. Po zakończeniu gry ten sam gość zaczął wygłaszać jakieś komentarze, że już w Warszawie drukuje się Gazeta Wyborcza opisująca zwycięstwo Czecha. Stiltowałem się już na maksa i znów coś mu odburknąłem. Wiadomo, że byłem na straconej pozycji – moje słowo przeciwko śmiechowi rozentuzjazmowanego zwycięstwem tłumu. No i tym śmiechem mnie zabili. Gorzkie to były chwile, ale przełknąłem kilka razy ślinę i mi przeszło.

W nocy, gdy zobaczyłem, że grupka wspierająca zwycięzcę siedzi w lobby i popija wysokoprocentowe trunki, podszedłem do nich. Stuknąłem się browarkiem, pogratulowałem. Oni też już odpuścili – było fajnie, ale rany do końca się nie zagoiły. Czekałem tylko na chwilę, gdy, w szczególności tej „małej szczekaczce”, będziemy mogli się z Jackiem odwdzięczyć.

Godzina zemsty

Następnego dnia nasza koleżanka przywitała nas uprzejmym: „Cześć Panowie, przypomnijcie mi, kto wygrał wczoraj CUP-a?”. O nie, nie będzie „cześka” pluła nam w twarz – dzisiaj się odbudujemy.

Kilkanaście godzin później, gdy Wyrzyk był już bliski wygrania eventu High Roller, Andrea nie miała łatwego życia. Gwarantuję Wam, że zwroty: „Wyrzyk” „Pan Wyrzyk”, „Pan Wyrzyk z Polski”, „Pan Wyrzyk znad Wisły” potrafi bezbłędnie napisać i wymówić, naturalnie, nienaganną polszczyzną.

W pewnym momencie i ona stiltowała. Gdy wszystko było już na dobrej drodze do zwycięstwa Polaka, prześcigaliśmy się z Jackiem w tworzeniu peanów na cześć naszego gracza, a „mała” marniała w oczach. Doszło do tego, że zza ekranu wystawiła nam swój „prostředníček” – oczywiście wszystko w ramach międzynarodowego gestu pokoju. Wygraliśmy – nic nie smakuje tak wspaniale, jak udana zemsta…

Pan Wyrzyk z Polski i jego mafia!
Pan Wyrzyk z Polski i jego mafia (od lewej): Besent, Fenek, Pobór, Bob, Emeryt, JD, Ryba i spasiony jak słonica w osiemnastym miesiącu ciąży, Doro

Gdy wszystko się już skończyło, jeszcze do pieca swoje trzy grosze dołożyła Ryba – nowa „psiapsi” Andrei, która zasłaniając się solidarnością jajników, kilka godzin wcześniej zasugerowała, żebyśmy może już dali dziewczynie żyć. Gdy pozowaliśmy do zdjęcia ze zwycięzcą turnieju, a Czeszka siedziała z nosem wbitym w monitor (jak Jack i ja dzień wcześniej), hamulce puściły, a Ryba zagaiła do niej serdecznie: „Andrea, chodź do zdjęcia!”. Sam potem dorzuciłem: „Chodź sobie zrobisz zdjęcie z Panem Wyrzykiem. Wiesz skąd on jest, prawda?”. Świnia ze mnie, ale ostatecznie z dobrym sercem. Przytarcie noska mądrali jeszcze nikomu nie zaszkodziło…

EPILOG

Na szczęście na kilkadziesiąt minut przed wyłonieniem zwycięzcy Main Eventu, którym został Czech, Miroslav Janek, Andrea musiała lecieć na pociąg do Pragi i nie trzeba było znosić jej odpowiedzi. Skoro jej nie było, to się nie liczy, prawda? Uznajemy, że w polsko-czeskiej wojence reporterskiej był remis.

CZYTAJ TEŻ: [BLOG] #54 Poker Fever Series, czyli „Fewer #4” – wydarzenia, które zapamiętam

Satelity do Poker Fever Series Rozvadov - baner