Operatorzy hazardowi w Trynidadzie i Tobago protestują przeciwko nowemu planowi podatkowemu, który do roku 2018 mógłby oznaczać dla nich podwojenie obecnych stawek podatkowych.

W miniony poniedziałek minister finansów Colm Imbert (na zdjęciu) ujawnił swoje plany na rok fiskalny 2017-2018. Argumentując swoją decyzję tym, że “nadeszły nietypowe czasy, wymagające zmiany podejścia w polityce monetarnej” Imbert stwierdził, że sytuacja wymaga “dużych i poważnych zmian”, które “będą ściśle egzekwowane.”

I tak budżet zakłada nowy 10% podatek na wygrane z gier hazardowych, który wejść w życie ma już 1 grudnia. Krajowa Komisja Kontroli Gier Losowych (NLCB) zaledwie tydzień temu poinformowała, że rok 2016 był rekordowy, jeśli o wpływy chodzi.

Planowana taksacja obejmie zarówno gry elektroniczne, tak zwane maszyny wrzutowe, jak i normalne stoły do pokera, popularny w tamtym regionie Caribbean Stud poker, blackjacka, baccarata, kości i ruletkę.

Krajowe Stowarzyszenie Pokerzystów Trynidadu i Tobago natychmiast zareagowało na te wieści stwierdzając, że hazard został wybrany jako jedna z niewielu gałęzi gospodarki do pokrycia potrzeb finansowych kraju borykającego się z wieloma wyzwaniami.

Pojawiło się również ostrzeżenie dotyczące tego, jak wiele osób może stracić pracę w wyniku planowanych podwyżek. Wiadome jest bowiem, że operatorzy zaczną prędzej czy później szukać oszczędności.

Przedstawiciel branży, Sherry Persad powiedział tylko, że nowe podatki będą miały “katastrofalne i straszne” skutki dla lokalnego przemysłu i wielu operatorów zostanie zmuszonych do wycofania się z rynku.

Imbert twierdzi jednak, że zmiany są konieczne ze względu na niezwykle niskie, obowiązujące do tej pory stawki, które nie są zgodne ze standardami innych krajów oraz znikomą ściągalność dotychczasowych podatków. Imbert dodaje także, że obecnie co najwyżej co dziesiąty operator wywiązuje się z obowiązku podatkowego, w rezultacie czego rząd traci ogromne kwoty co roku.

Persad odgryza się, że nowy podatek co najwyżej „ukarze” dodatkowo te 10%, którzy wywiązują się ze zobowiązań, a problem leży w kiepskie ściągalności należności, nie pobieranym procencie. „Jeśli pozwalacie im działać za darmo, to czyja to wina?”

Imbert pozostaje jednak nieugięty i wskazuje na 200 milionów dolarów, które z wysp ucieka za granicę każdego roku. Pytanie czy lokalni operatorzy wytrzymają długo z konkurencją, jeśli obarczy się ich kolejnym podatkiem. Raczej mało prawdopodobne. Łatwiej już będzie Wam z zawiązanymi oczami znaleźć ten mały kraj na mapie. Tak w okolicach Wenezueli, oczywiście w Ameryce Południowej, odpowiadając na pytanie postawione w tytule.

baner maksymalny rakeback