Kim ty k*** jesteś, pajacu?

W pierwszym odcinku niniejszego cyklu wystrzeliłem z siebie kilka uwag i myśli, którymi postanowiłem się z Wami podzielić. Nawet mi do głowy nie przyszło, że możecie mieć to gdzieś, bo a) piszę bzdury i b) nie macie pojęcia, kto pisze. Tak więc odpowiadając na cisnące się większości z Was pytanie: „kim ty k*** jesteś, pajacu?”, pozwólcie, że nieco się przedstawię.

Z wykształcenia jestem archeologiem (na dyplomie magisterskim mocna czwórka), ale całe zawodowe życie spędzam kręcąc się w tematach hazardowych. Zaczynałem w pięknych czasach samowolki końca lat dziewięćdziesiątych, kiedy to całą moją pracą był, uskuteczniany małym fiatem, objazd po podwarszawskich wiochach w celu opróżnieniu automatów do gier z wsypanych tam przez biednych hazardzistów pięciozłotówek i drobniejszego bilonu.

Takie rajdy robiłem przez jakieś dwa lata co dwa tygodnie. Kasy miałem jak małpa kitu, ale w końcu się skończyło. Potem był roczny epizod z Totalizatorem Sportowym, w imieniu którego sprzedawałem biednym hazardzistom marzenia pod hasłem „Miliard w środę, miliard w sobotę”. Potem, czyli bodajże od roku 2005, był E-Play. Portal i magazyn o hazardzie (wyszło ponad 20 numerów), których byłem naczelnym. Tego tematu rozwijać nie będę, kto chce to sobie wygoogluje.

Tego zawodnika pewnie znacie...
Tego zawodnika pewnie znacie…

W międzyczasie kręciłem się po różnych projektach pokerowych i z tego tytułu niektórzy z Was mogą mnie kojarzyć. Bo raczej nie jako gracza, gdyż gracz ze mnie żaden – jakby było inaczej, to bym nie pisał dyrdymałów do PokerGround, tylko trzepał kasę przy stolikach. Mój wykres w HM2 wygląda jak zwiędnięty siur i próżno szukać na nim śladów erekcji. I mimo tego, że kilka turniejów na żywo i online wygrałem, pokerzystą najlepszym nie jestem… I chyba tyle wystarczy na początek.

Wielce szanowny Kolego JD!

Kolega z redakcji Poker Texas, szanowny Jack Daniels, w ostatnim odcinku swojego pudelkowego researchu o WSOPie, zaszczycił mnie wzmianką na temat mojego pierwszego wpisu z serii „Tabasco od Blasco”. Jak to on, nie do końca chciał zrozumieć ideę moich tez, więc krótka riposta: nie mówię, że kibicowanie jest złe z natury – sam kibicuję Realowi Madryt (bo kiedyś grał tam na bramce Julio Iglesias, którego lubię może i bardziej, niż Sinatrę) i Legii Warszawa (z sentymentu za wesołymi wypadami na Żyletę, jeszcze z drewnianymi ławkami, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych) ale słaby jest według mnie każdy fanatyzm. Czy to w jaraniu się WSOP-em, czy to w jaraniu się piłką. I przedkładanie biernego oglądactwa nad czynnym uprawianiem swojego hobby.

Chętnie obejrzę dobry mecz, bo lubię oglądać ładne rzeczy, a nie dlatego, że grają patałachy z mojego miasta. Nie mówię, że nie rozumiem zajoba, który jest udziałem niektórych z powodu odbywającego się WSOP – ja go tylko go nie podzielam. Mam nadzieję, że wystarczająco „się wyjaśniłem”…

Polak, Węgier, dupa blada

W ostatni czwartek Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, odpowiadając na trzy pytania prejudycjalne węgierskiego sądu, wydał wyrok, którym od razu zaczęli się podniecać nie tylko pokerzyści, ale także reszta zainteresowanych wchodzącą w życie w ostatniej swej części ustawą hazardową w Polsce. Węgierski sąd (nie żaden tam Sąd Najwyższy – stołeczny sąd administracyjny miasta Budapeszt) chciał się europejskich kolegów dopytać, czy przypadkiem węgierskie przepisy, przez które po dupie dostała właśnie firma Unibet, pasują do tych unijnych. Trybunał orzekł, że nie pasują.

I co z tego… Od kilku lat sądy w Polsce wysyłały podobne pytania do Luksemburga w kwestiach dotyczących automatów. Czy ustawa powinna być notyfikowana – bo nie była…? Czy przepisy o automatach są przepisami technicznymi czy też nie i w związku z tym, czy ustawa hazardowa (już nieaktualna na dzień dzisiejszy) powinna obowiązywać, czy nie? Czy można karać za urządzanie gier na automatach poza kasynami, czy nie można? A może trzeba płacić odszkodowania właścicielom automatów bezprawnie zwiniętych przez celników? Ile pytań, tyle odpowiedzi. Ile polskich sądów, tyle różnych wyroków.

Tak więc jeszcze raz – nie ma się co podniecać. Trybunał tylko oświadczył (bo inaczej oświadczyć nie mógł, wystarczy przeczytać odpowiednie przepisy i dopasować je do sytuacji – tu nie ma uznaniowości), że węgierskie przepisy nie współgrają z unijnymi. A Węgrzy i tak zrobią, co zechcą… Nie mówiąc już o Polakach. Miła to informacja, ale spektakularnych efektów bym się nie spodziewał.

Busem do Rygi
Paweł, Pepe i Pauls

Na koniec – wspomnień czar, czyli opowieść o pewnym pokerowym wyjeździe. Otóż na wiosnę pamiętnego roku 2009, pod przewodnictwem nieocenionego Pawła Krawczyka (to ten, który przetłumaczył i wydał „Harrington o Hold’em” – książkę, która dla połowy z Was jest pewnie jedyną przeczytaną w ogóle lekturą) będącego podówczas przedstawicielem firmy Expekt, z Sosnowca dziarsko wyruszył bus wypchany śmiałkami jadącymi zawojować otwarte mistrzostwa Łotwy w pokera. Busik miał jeden z przystanków w Warszawie, skąd zwinął między innymi mnie. W busie – same tuzy. Doli, Krawiec, Obywatel G, Grabson i jeszcze kilku ancymonów. I ja – skaptowany na wyjazd redaktor z E-Playa, który miał napisać piękną relację w tego wydarzenia i opublikować ją na portalu, jak również wydrukować w magazynie. W nagrodę dostałem wartą 1.000$ wejściówkę do turnieju, przejazd, hotel i codzienne obiadokolacje (o których wspominam nie bez przyczyny, gdyż jeszcze zanim wyjechaliśmy z Polski, zdążyłem do nowych kolegów przegrać całą kasę na wyjazd w pięciokartową omahę z limitem puli  i te cholerne obiadokolacje pozwoliły mi nie zdechnąć z głodu).

Kibelki w kasynie

Do Rygi dojechaliśmy bardzo już zbratani i mocno nawaleni. I z postanowieniem pokazania frajerom Łotyszom, czym kaczor wodę pije, czyli zmasakrowania ich śmiesznego turnieju. Jak czas pokazał, nieomal się udało. Póki co jednak do skrzydła Pawła, pod którym siedzieliśmy, doszło drugie skrzydło, którym otoczył nas kolega z łotewskiej federacji pokera, niejaki Pauls. Czym się objawiła jego gościnność? Otóż dostaliśmy tajemnicze opaski na łapy. Opaski owe uprawniały do przejścia przez ostatni krąg piekła, którym był nocny klub, w którym lądowaliśmy każdego dnia po grze. W zależności od jakości opaski, delikwent mógł wejść albo za trzecie drzwi, albo za piąte. Za ostatnimi był klub go-go. A w nim my, z naszymi najlepszymi opaskami. Nie muszę chyba dodawać, że wszelkie atrakcje były opłacone przez łotewską federację pokera…

Tak się bawi, tak się bawi…

Co tam się działo, nie bardzo pamiętam, ale kto się ośmieli obrażać łotewskie studentki geografii, zarabiające w tamtym klubie na czesne, będzie miał ze mną do czynienia. Tak więc za kolejnymi kotarami co i rusz znikali kolejni coraz bardziej nawaleni darmowymi drinkami pokerowi prosi z Polski, darmowa (jak dla kogo) whisky płynęła wartką strugą, a twarz naszego Łotysza coraz bardziej się wydłużała. No, ale ostatecznie po trudach turnieju trzeba się zrelaksować. Właśnie, turniej…

Doli na telewizyjnym final table

Z turnieju odpadłem już pierwszego dnia, kiedy z AK w treflach wysypałem się na flopie dziesięć hight z dwoma treflami. Sprawdził mnie jakiś idiota z szóstkami bez trefla i chyba mu nawet trzecia doszła, oczywiście nie treflowa. Turniej wygrał jakiś Łotysz, natomiast drugie miejsce zajął nasz Doli! O ile dobrze pamiętam, w ostatniej ręce zagrał all in preflop z KJ, na A7 Łotysza i spadła siódemka czy dwie. Mniejsza o to. Wróciliśmy cali i zdrowi (ja głodny i wkurwiony, bo wszyscy już wiedzieli, że sępie fajki i chowali paczki), relacje się ukazały. Żadne małżeństwo się bezpośrednio po tym wyjeździe nie rozpadło. Dwa pytania do Was: pamiętacie bohaterów tej opowieści? I czy mieliście szczęście zaliczyć równie wesoły pokerowy wyjazd? (Jack Daniels może na te pytania nie odpowiadać)

Do następnego razu.

 

Dziennikarz, archeolog, pokerowy amator ale zawzięty. W branży od ponad 20 lat. Finalista olimpiady polonistycznej, który do dzisiaj nie wie, gdzie powinien stać przecinek. Futbol to Maradona; muzyka - Depeche Mode. Troje dzieci.