Phil Hellmuth ©Drew Amato/Poker Central

Parafrazując klasyka: Wielkieś mi uczynił pustki w domu moim, Mój drogi Philu Hellmucie, swym zniknieniem swoim! 

Przed rozpoczęciem 50. edycji World Series of Poker zadawałem sobie trzy pytania:

  1. Czy padnie rekord frekwencji w Main Evencie?
  2. Czy Doyle Brunson zawiesi swoją festiwalową emeryturę – dobrze wiemy, że regularnie pojawia się w grach cashowych – i wystartuje w turnieju głównym?
  3. Czy Polak zdobędzie bransoletkę mistrzowską?

Nawet przez myśl mi nie przeszło to, że przed rozpoczęciem dnia 2C, w którym otwarta jest jeszcze późna rejestracja, będę się zastanawiał, czy w Main Evencie zobaczymy piętnastokrotnego mistrza WSOP Phila Hellmutha Jr.

Z relacji w mediach społecznościowych wynika, że Poker Brat jest obecnie w zupełnie innym miejscu na ziemi i właściwie nie ma szans na to, żeby zjawił się w Las Vegas w hotelu RIO i przystąpił do gry. Umysł mówi mi, że Phil Hellmuth nie weźmie udziału w Main Evencie. Jednak serce podpowiada mi, że może jeszcze dziś Amerykanin, jak to ma w zwyczaju, zaszokuje uczestników turnieju i wyląduje helikopterem na przyhotelowym parkingu i w blasku fleszy dołączy do rywalizacji.

Będę bardzo zawiedziony

Od ponad dwudziestu lat Phil Hellmuth startuje w eventach World Series of Poker. Przez ten czas Amerykaninowi udało się wygrać piętnaście tytułów mistrzowskich. Hellmuth zdominował festiwal nie tylko pod względem sportowym, ale również w wymiarze PR-owym – całkowicie wypełnił sobą i swoim przerośniętym ego przestrzeń i skupił na sobie największą uwagę mediów i społeczności z całego świata.

Gdy pomyślę sobie o WSOP, to przed oczami widzę Phila Hellmutha, który w moich oczach jest największą ikoną tego cyklu, a po części nawet jego „gospodarzem”. To on przez dwie dekady robił wszystko, żeby o jego osobie było głośno. To on podczas swojego wybuchu gniewu mówił o tym, że poker to jego życie. To również on od kilku lat ze swojego wejścia na salę turniejową w Main Evencie robił wielkie show. Zmierzam do pokazania, że Amerykanin przez całą karierę pracował na to, żeby dojść do tego miejsca, w którym się znajduje, a w kulminacyjnym momencie, gdy festiwal obchodzi pięćdziesięciolecie swojego istnienia, gospodarza nie ma w domu.

Jesteśmy wolnymi ludźmi, ale…

Oczywiście, że nie można nikomu nakazać robienia czegokolwiek. Jeśli Hellmuth chciał pojechać na wakacje, to dlaczego miałby tego nie robić?

Gdy rozpatrujemy ten jego wyjazd w próżni, nie zważając na to, kim Amerykanin stał się przez te wszystkie lata dla WSOP i społeczności pokerowej, to właściwie nic nas nie powinna obchodzić jego absencja. Nie jestem jednak przekonany, że w przypadku takiej ikony możemy sobie pozwolić na patrzenie przez palce na jego nieobecność. Wszystko przez to, że to on sam swoim zachowaniem i zabiegami autopromocyjnymi przed dwie dekady starał się zaistnieć i cholernie dobrze mu się to udało. Ze statusem który osiągnął, związane są jednak pewne konsekwencje.

Janusz Gajos, który w filmie pt.: „Żółty szalik” grał rolę uzależnionego od alkoholu prezesa dużej firmy, wypowiedział w jednej z początkowych scen takie słowa: „Wolność to nie dowolność, panowie”. I mniej więcej w tym samym czasie, nawiązując do powyższego: „Bycie prezesem nakłada na mnie zestaw specjalnych obowiązków”. Myślę, że te słowa doskonale oddają sytuację, w jakiej znalazł się Phil Hellmuth.

Żółty Szalik - kadr z filmu
Żółty Szalik – kadr z filmu

Jakkolwiek to zabrzmi, ale bycie Philem Hellmuthem, ikoną WSOP, nakłada na niego zestaw specjalnych obowiązków, które oczywiście nie są w żaden sposób sformalizowane, jednak niektóre rzeczy, z racji zajmowanego stanowiska czy zdobytej pozycji, po prostu wypada robić. Jeśli nazywasz się Phil Hellmuth nie możesz w czasie największego święta, które odbywa się w twoim domu, podróżować po świecie. Nie możesz i już. Właśnie dlatego, że jesteś Hellmuthem – największą gwiazdą tej serii. Robiąc tak, może nikogo bezpośrednio nie obrażasz – chociaż ja osobiście czuję duży niesmak – ale swoją nieobecnością pokazujesz, że to wszystko, co w uniesieniu nazywałeś mianem całego swojego życia, chyba straciło ostatnio trochę na znaczeniu.

Już możesz wracać. Już czas.

Będę się cieszył, jeśli mój tekst szybko się zdezaktualizuje, a Hellmuth wjedzie na salę główną kasyna RIO na Harley’u lub – choćby – na osiołku. Wszystko mi jedno. The show must go on!