Mamy piątkowe popołudnie i w redakcji jakby trochę luźniej, więc dla odmiany napiszę coś nieco bardziej osobistego. Jak klawiatura wytrzyma, jutro efekty mojej pracy pogrążą mnie w oczach naczelnego :)

Przez większość mojego życia interesowałem się bowiem nie pokerem, a grami komputerowymi, czy też precyzyjniej rzecz ujmując, głównie tymi konsolowymi. Moja przygoda zaczęła się od Nintendo, a z czasem przeniosła na PlayStation i trwa przez kolejne generacje sprzętu, aż do dziś. W międzyczasie przerobiłem też sporo handheldów, które sprawdzają się, gdy żona akurat, no wiecie… Ogląda swoje wspaniałe seriale i nie chce współpracować.

Czy takie zainteresowanie pomaga w pracy redaktora serwisu pokerowego? Najkrócej napisać byłoby oczywiście, że tak. Dawniej gry wymagały bowiem znajomości angielskiego i rzadko dostarczane były w naszym rodzimym języku. Dzisiaj jest tak nadal trochę z pokerem. Na co dzień język znacznie ułatwia oczywiście pracę przy artykułach, bo jak się domyślacie ogrom z nich to teksty autorstwa anglojęzycznych zawodników (jak chociażby Doug Polk, Ed Miller czy Daniel Negreanu) lub newsy z zagranicznych serwisów.

Gry karciane w tamtym okresie istniały dla mnie gdzieś z boku, głównie w formie Remika czy głupkowatego Makao, które do dzisiaj wydaje mi się grą bez końca. Z czasem wraz z grami planszowymi odeszły na dalszy plan, bo w domu pojawił się on! Wszechpotężny, wiecznie zakurzony, ale dumny PeCet.

Druga sprawa to bowiem właśnie praca z komputerem. Miłość do gier wszelakich sprawiła naturalnie, że bardzo szybko zaprzyjaźniliśmy się z blaszakiem. Kiedy prasy drukarskie odeszły więc, przynajmniej częściowo, w niepamięć okazało się, że ten stojący w rogu, zużywający prąd (hej tato) i psujący oczy (..i mamo), kurzący się kawał złomu nadaje się nie tylko do gier.

Moja skromna przygoda z pokerem to w sumie osobna historia przeplatająca się z dodatkowym kierunkiem studiów, dziennikarstwem właśnie. To tam poznałem ekipę kilku wspaniałych osób, z których jedna okazała się profesjonalnym graczem pokerowym. Przyznam, że był to okres w moim życiu, kiedy sądziłem, iż niewiele mnie już zaskoczy. Nagle okazało się jednak, że istnieje bardzo fajny sposób spędzania czasu, podobny „konsolowemu swingowi”, który także uprawiać można było wieczorami. Wtedy zaczęły się sobotnie sesje i tak to jakoś poszło. Gry, artykuły, tłumaczenia, znajomi i ni stąd ni zowąd obudziłem się kolejnego ranka w redakcji.

Szkoda, że czasy gry delikatnie zostały za mną (dziecko, żona i praca dzielnie trzymają mnie z dala od stołu), ale nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy poznałem pokera w wersji Hold’em. Jakby odkryć, że na odwiedzanej często plaży ta wielka błękitna tafla przed nami to nie tylko ozdoba i ochłoda dla zmęczonego słońcem ciała, ale cały ogrom możliwości, jeśli tylko chcemy nauczyć się pływać.

Reasumując (duże słowo) gry, angielski i miłość do kart zdecydowanie pomagają. Fajnie jest usiąść przed komputerem i z nadzieją w sercu (głównie nadzieją na uniknięcie baboli) tworzyć coś, co pomoże innym i zachęci ich do gry, szczególnie, że sam, pomimo braku talentu podzielam tę pasję. Poker to bowiem coś więcej niż tylko kolory, figury i stawki. To przede wszystkim ludzie, z którymi możemy grać i zabawa, której dostarczyć może talia złożona z 52 kart. A skoro weekend za pasem, to panie i panowie, shuffle up and deal!

baner maksymalny rakeback

ŹRÓDŁOWesker's Diary
Nauczyciel, tłumacz, dziennikarz, mąż, świeżo upieczony ojciec i amator pokera. W wolnej chwili lubię powędrować korytarzami tworzonymi w wyobraźni Stephena Kinga. Nie pogardzę także dobrą grą jeśli dać mi jakiegoś pada w ręce. Muzycznie zatrzymany w latach 90-tych.