Dziś porozmawiamy sobie o tym, co nas motywuje do działania [nie tylko związanego z pokerem]. Na końcu napiszę już stricte o sobie i o tym, co sprawiło, że wziąłem się za siebie i dzięki temu lepiej zacząłem radzić sobie przy stołach. 

Należę do tej grupy osób, które wiele lat temu zrozumiały, jak wielka jest siła pozytywnego myślenia. Niestety nie znalazłem w sobie nigdy na tyle wewnętrznej siły, aby temat zgłębić, zaznajomić się z teorią, posłuchać praktyków/trenerów i sprawić, żeby odpowiedni mindset zaczął pracować na moją korzyść. Straconego czasu już nigdy nie nadrobię, ale całkiem niedawno uświadomiłem sobie, że właściwie każdy dzień może być przełomowy, a każdy moment dobry jest do tego, aby od starych wzorców i przyzwyczajeń – mentalnych obiążeń – całkowicie się odciąć i zastąpić je gatunkowo nowym rodzajem myślenia, a w konsekwencji i nowymi nawykami dotyczącymi działania.

Gdzie szukać motywacji?

Nie trzeba wydawać tysięcy funtów na szkolenia Anthony’ego Robbinsa ani tysięcy złotych na udział w seminariach Mateusza Grzesiaka czy Mariusza Szuby. Nie zrozumcie mnie źle – ja nie powiedziałem tego, że nie warto tego robić. Wręcz przeciwnie – osobiście znam osoby, które jeździły na „rekolekcje” do Londynu do Robbinsa, biegały z nim po rozżarzonych węgielkach i właśnie tam przekonały się o tym, jaką potężną moc, jaki niezwykły potencjał drzemie w sile ludzkiego umysłu. Sam miałem przyjemność wiele lat temu brać udział w „Podróży bohatera” Szuby i też na temat tego produktu – mimo iż to wydarzenie było zaledwie entry levelem do tematyki rozwoju osobistego – mogę wypowiedzieć się w samych superlatywach. Mówiąc nie trzeba, miałem na myśli to, że większości z nas nie stać na to, aby lekką ręką wydać kilka tysięcy złotych na takie szkolenie. Nie oznacza to, że musimy siedzieć bezczynnie, że nie można tej motywacji poszukać i zaszczepić jej w sobie na własną rękę.

Wydarzeniami, które o 180 stopni mogą przeprogramować nasze myślenie, często są jakieś przełomowe sytuacje, z jakimi stykamy się w naszym życiu. Komuś urodzi się dziecko. Ktoś zmieni stan cywilny. Ktoś inny rzuci wyzwanie trapiącym go nałogom i demonom. Takie wydarzenia, rzecz jasna, nie zdarzają się każdego dnia, stąd też źródeł siły sprawczej musimy najczęściej poszukać w bardziej prozaicznych rzeczach, czynnościach i stanach. Osobiście polecam przyjrzenie się swoim pasjom, których samo już pielęgnowanie wymaga od dorosłego człowieka, dzielącego swój czas między obowiązki rodzinne i zawodowe, choćby minimalnego popracowania nad polepszeniem umiejętności planowania czasu własnego, a potem – w zależności od tego, czym się zajmujemy – nabywania nowych i rozwijania posiadanych już umiejętności.

Moją pasją jest gra w pokera

Początkujący pokerzyści patrzą na grę w pokera jedynie przez pryzmat dwóch kart, które otrzymują w danym rozdaniu. Dopiero na kolejnym etapie wtajemniczenia uświadamiają sobie, że znaczenie mają także karty rywala, a jeszcze później, że całe zakresy. W podobny sposób jeszcze niedawno myślałem na temat samej gry w pokera. Rozpatrywałem tę aktywność całkowicie w próżni, bagatelizując przy tym wszystko, co znajduje się dookoła. Nie wiedziałem, że to błąd, a przekonałem się o tym dopiero wtedy, gdy zaczęło mi zależeć na pokerowym rozwoju na tyle, że zabrałem się do regularnej pracy. Plan regularnej nauki realizuję sumiennie od jakiś trzech miesięcy, ale zaledwie kilka tygodni temu zrozumiałem, że poprawa umiejętności technicznych to poprawa zaledwie w jednym z obszarów. To jakby kulturysta wyłącznie trenował jedną partię mięśniową. Nie da rady na dłuższą metę robić tego w ten sposób.

Ja zaniedbałem całkowicie aktywność fizyczną. Mimo iż miałem chęci do pracy nad grą, a sam proces nauki sprawiał mi przyjemność, często po prostu przysypiałem w trakcie czytania czy prowadzenia własnych analiz. Irytowało mnie to, że nie mogę dokończyć tego, co sobie zaplanowałem. Zdecydowałem, że trzeba wrócić do aktywności fizycznej i rozpocząłem marszobiegi. Dla osoby z dużą nadwagą, która ostatnie lata przeleżała na kanapie z komputerem na kolanach (i z piwem w ręku), to kolosalna zmiana. Natomiast już kilka pierwszych dni po rozpoczęciu regularnego wysiłku zauważyłem, że po zakończonym treningu, zaraz po wyjściu spod prysznica, czuję się najlepiej w trakcie całego dnia i wtedy właśnie jest odpowiedni moment na zajęcie się grą lub nauką. Robienie tego „na świeżości” sprawiło, że problem znużenia podczas nauki zniknął. Mam nadzieję, że zgubienie kilku kilogramów sprawi, że ten pozytywny haj po zakończonym wysiłku przedłuży się z kilku godzin na resztę dnia.

Słowo o motywacji w moim przypadku

Odnoszę wrażenie, że główną siłą sprawczą, która sprawiła, że znalazłem w sobie siłę do pracy nad sobą, było przeprowadzenie rachunku sumienia zaraz po tym, jak całkowicie zrezygnowałem ze spożywania alkoholu. Wszystko, co dobre, rozpoczęło się od tego. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie mam na co narzekać. Mam kochaną żonę; robię to, co lubię; zdrowie trzyma się w miarę w ryzach i żaden „diabeł z butelki” nie ogranicza już moich możliwości. A skoro tak… Bardzo szybko zmieniłem myślenie z „nie da się” lub „nie warto” na „możesz osiągnąć wszystko, co zapragniesz, o ile poprzesz swoje marzenia ciężką pracą”.

Efekty zmiany podejścia i pracy bardzo szybko zauważyłem przy stołach. Wcale nie chodzi nawet o to, że moje wyniki poszybowały mocno w górę, ale bardziej o to, że zyskałem potrzebną do wygrywania pewność siebie. Obecnie gram na stawkach NL25/NL50 i realizuję swój cel dotarcia i zadomowienia się na NL100. Po zbudowaniu rolla do 10.000$ zadecyduję, czy podejmę próbę zostania semi-pro lub pro.

Jeśli chodzi o aktywność fizyczną, to korzystając z analogii pokerowej, mogę powiedzieć, że tutaj ledwo co wyszedłem z play money i usiadłem do stołów na NL2. No ale dobrze – od czegoś trzeba zacząć. Podoba mi się to, że w trakcie marszów/biegów czy jazdy na rowerze już zauważyłem ogromne, pozytywne efekty zmiany mojego nastawienia. Z osoby, która przy wystąpieniu przeszkody ratowała się często pierwszą wymówką z brzegu i machała białą flagą, stałem się kimś, kto w chwilach kryzysu krzyczy do siebie „I am not quitter. I don’t quit anymore” i zaiwania dalej. Jeśli naprawdę chce się coś zrealizować, to nawet ból przestaje mieć znaczenie. Satysfakcja po osiągnięciu celu jest gigantyczna, a w perspektywie to lepsze zdrowie będzie najwspanialszą nagrodą.

Mam ogromną nadzieję, że od teraz moje życie będzie płynęło w sposób bardziej harmonijny, co będzie miało bardzo pozytywne przełożenie na to kim będę, gdy spotkamy się przy stołach. Watch me…