Jerzy Pich foto. Newsweek
Jerzy Pich foto. Newsweek

W 121. odcinku mojego bloga pożegnam się z Jerzym Pilchem oraz opowiem Wam o tym, jak ogromne postępy poczyniłem od chwili, gdy zacząłem regularnie pracować nad swoją grą. Zachęcam do spędzenia ze mną kilku najbliższych minut. 

Żegnaj, Pilchu

Kilka tygodni temu zmarł Jerzy Pilch. Uwielbiałem Pilcha. Często nie rozumiałem twórczości Pilcha, ale nie mogłem się od niej oderwać. Przez lata, a były to lata fascynacji, udało mi się zgromadzić i przeczytać większość jego dzieł. Zdarzało mi się przy jego wywodach zasnąć, bo mistrz w swojej narracji zapuszczał się w rejony dla mnie niepojęte, ale z drugiej strony nic mnie nie cieszyło bardziej niż nowo nabyta książka jego autorstwa, czekająca na mnie na bieliźnianym kuble przy wannie. Gdy nadszedł czas, dobierałem się do niej łapczywie, siedząc na kiblu lub w czasie kąpieli, niczym niedoświadczeni w miłosnej grze nastolatkowie do siebie w trakcie swojego pierwszego razu.

Ten swoisty paradoks brał się z tego, że Pilch składał zdania w sposób, w jaki potrafi to robić niewielu współczesnych i nieżyjących już pisarzy, ale nie każdego to urzeka, jak od pierwszego z nim spotkania zdołało urzec mnie. Dałem kiedyś mojej mamie Pilcha do poczytania. Nie chwyciło. Rozmawiałem kiedyś na temat jego twórczości z Timooo, również nie podzielał mojego entuzjazmu. Ze mną było inaczej, pewnie dlatego, że sam zajmuję się pisaniem tekstów, i w chwilach, gdy nawet nie czerpałem jakieś przesadnie wielkiej frajdy z treści przekazu, to wielką radość sprawiało mi samo obserwowanie tego, jak Pilch płynął, jakie budował frazy, jak trafnie puentował. Lubiłem z nim przebywać, w jego raz prostym, innym razem skomplikowanym, neurotycznym, najczęściej szarym, a tylko czasami wielobarwnym świecie. Lubiłem przeżywać wspólnie z nim jego własne emocje i emocje bohaterów, których na kartach swoich powieści powoływał do życia – w każdym jednym dało się odczuć cząstkę jego samego. Pilch też mnie bawił jak mało kto i często sprawiał, że może nie śmiałem się do rozpuku, ale śmiałem się bardzo szczerze, takim wartościowym śmiechem: a to z jego miłosnych podbojów, a to z nieudanego (ostatecznie) samobójstwa, a to z zawirowań w jego luterskim świecie, czy z jego dozgonnej, a jednocześnie cholernie trudnej i wyczerpującej miłości do Cracovii Kraków. On sam mówił o tych sprawach z wielkim dystansem i jestem przekonany, że opisując te wszystkie tragikomiczne historie, chciał, żebyśmy śmiali się razem z nim.

Wielkim smutkiem napawa mnie to, że już nigdy nie wrócę do domu i nie zawołam do żony od progu, że mam nowego Pilcha, i że od teraz nie ma mnie dla nikogo. Będzie mi tych naszych spotkań brakowało. Pozostaje mi wracać do tego, co Pilch po sobie pozostawił. Z pewnością będę to robił…

To tak się przedstawia

Baza, czerwona drgnęła!

To stwierdzenie w ogóle nie oddaje tego, co od kilku tygodni dzieje się u mnie z czerwoną linią. Ona więcej niż drgnęła, ona pnie się w górę jak nigdy dotąd i z każdym dniem coraz bardziej oddala się od zera – tyle że tym razem w kierunku tym bardziej pożądanym, bardziej „północnym”. Kosztuje mnie to kilka godzin nauki dziennie – robię to od jakiś dwóch miesięcy – ale wiem, że warto to robić i że alternatywy nie ma, jeśli chce się realizować marzenia.

Wróciłem do podstaw. Kiedyś napisałem tekst mówiący o tym – pozwólcie, że użyję przenośni – żeby w końcu przestać się uczyć i się nauczyć. Krytykowałem w nim sam siebie za to, że jak pojawia się jakiś nowy kurs, jakaś nowa książka, jakaś nowa metoda, to ja kupuję taką pomoc naukową i zaczynam uczyć się od nowa, a po okresie chwilowej fascynacji rzucam nowe zabawki w kąt i nic się nie zmienia. No może ja mam tylko kilkadziesiąt dolarów mniej na koncie, a autor szkolenia jest o te pieniądze bogatszy.

Mając to wszystko na uwadze, mimo wszystko uznałem, że naprawdę muszę cofnąć się o kilka kroków, żeby wykonać jeden, za to pewny, wprzód, bo dotarłem do takiego miejsca w rozwoju, w którym nie byłem już w stanie robić użytku z nowo nabywanej wiedzy. Dlaczego? Bo wszystko mi się zaczęło mieszać. Dlaczego? Dlatego, że miałem ogromne luki w podstawach. Zrobiłem więc sobie listę obszarów składających się na fundamenty pokerowej wiedzy i zacząłem bardzo precyzyjnie wypełniać ubytki: oddsy, equity, EV i na podstawie ugruntowanej już wiedzy zająłem się analizą rozdań. Nic więcej. Dopiero w drugim kroku zająłem się REM-em i bardziej zaawansowanymi tematami. W mig połatałem wiele krytycznych leaków i ruszyłem z kopyta.

Nigdy nie byłem tak głęboko przekonany o tym, że w końcu jestem na właściwej drodze, a jedyną rzeczą, która może mnie powstrzymać przed awansem do gier wyższych niż NL100 – tak, mentalnie już tam jestem – to ja sam. Regularność w nauce, cierpliwość, dyscyplina, nieuleganie emocjom – wszystko. Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej!

I na koniec bardziej przyziemnie

Jest duszno i gorąco. Ciężko się w takich warunkach pisze. Ciężko też zmobilizować się do wymyślenia kolejnego tematu na artykuł. Czasami dotyka mnie niemoc i wtedy piszę bardzo mało, ale uwierzcie mi – nie ma chwili w trakcie dnia, żebym nie zastanawiał się nad tym, o czym mogę napisać.

Nie ukrywam, że poprzeczkę zawiesiłem sobie wysoko. Obserwując nie tylko polskie media branżowe, ale również te zagraniczne, dochodzę do wniosku, że nikt na świecie nie pisze tyle artykułów (nie newsów) własnego autorstwa (nie artykułów napisanych przez innych, tyle że tłumaczonych) co ja na PokerGround. I skoro obrałem taką drogę jakiś czas temu, to nawet gdy sam nie mam o czym pisać, to najczęściej nie biorę się już za tłumaczenie tekstów cudzych, bo gdzieś tam ten etap „redaktorowania” mam już za sobą. Czasami przez to widać mnie mniej, ale możecie mieć pewność, że to tylko chwilowe i że jak nie piszę, to znaczy, że zajmuje się poszukiwaniem inspiracji lub zdobywaniem wiedzy, którą z przyjemnością dzielę się potem z Wami na łamach PokerGround.

Bywajcie.