Nowym ambasadorem GGPoker został Dan Bilzerian. W 138. odcinku bloga zastanawiam się, czy to aby dobry ruch ze strony marketingowców tego poker roomu i czy w pogoni za zasięgami nie przekroczono pewnej granicy.

Wczoraj GGPoker ujawniło personalia swojego nowego ambasadora, którym został Dan Bilzerian. Rozumiem 32 mln powodów, dla których firma zdecydowała się wejść we współpracę akurat z tym „graczem”, z drugiej strony zastanawiam się, czy warto prowadzić wspólne interesy z kimś tak nieobliczalnym i oderwanym od rzeczywistości?

Fenomen Dana Bilzeriana

Szkoda mi czasu i energii na to, żeby opisywać, kim jest Dan B., ale muszę to zrobić (choćby po łebkach), żebyśmy wiedzieli, kto został ambasadorem GGPoker.

Miliony followersów znają go jako „Króla Instagrama”, na którym wykreował swoją osobę na playboya, milionera, światowego hedonistę nr 1. Gdy nieco bardziej pogrzebać w jego życiorysie, okazuje się, że to wszystko jedna wielka ściema. Wyjątkowych umiejętności pokerowych też nikt wiarygodny nie może potwierdzić. Skąd zatem te miliony na koncie? Bardziej prawdopodobne jest to, że Bilzerian nie wygrał ich wcale przy stole, a majątek otrzymał od ojca, skazanego przestępcy, specjalisty od inżynierii finansowej – nazwijmy to najdelikatniej – który wielkiej fortuny dorobił się w latach 80-tych ubiegłego stulecia.

W spektaklu, który każdego dnia Bilzerian wystawia na deskach instagramowego teatru marzeń, jest coś, co przyciąga uwagę, i jest tego bardzo dużo: nieprzerwany strumień pieniędzy, tabuny kobiet, drogie samochody, samoloty, alkohole, broń, dużo broni, niezwykłe miejsca, bogate wnętrza etc. Wielu chłopców i mężczyzn skrycie marzy o prowadzeniu takiego stylu życia – nawet jeśli są to marzenia z gatunku „żyć przez dzień/tydzień/miesiąc czy rok jak on” – i właśnie z tych marzeń biorą się potem miliony osób obserwujących życie i twórczość „Króla”.

Dlaczego On, GGPoker?

Kilka chwil po publikacji swojej decyzji o zatrudnieniu Bilzeriana, wśród słów uznania pojawiły się również negatywne komentarze.

Na co bohater całego zamieszania bardzo serdecznie odpowiedział. Chcielibyście, żeby taka osoba reprezentowała Waszą firmę?

Nie wierzę, że w swoich kalkulacjach dotyczących tego, czy wejść we współpracę z Bilzerianem, marketingowi stratedzy z GGPoker nie brali takich sytuacji pod uwagę. Nie ma takiej możliwości. Idąc tym tropem, skoro firma podpisała z nim umowę, musieli oni dojść do wniosku, że są w stanie zaakceptować wizerunkowe wpadki, które marce GGPoker będzie fundował Bilzerian. A będzie, i będzie to robił regularnie, bo to cham i prostak. Czy, jak to napisała w swoim poście Vanessa Kade, cena zasięgów Pana Ambasadora nie jest czasem zbyt wysoka?

Czy GGPoker potrzebuje zasięgów Bilzeriana?

Nie wiem, nie potrafię tego obiektywnie ocenić. Oni stwierdzili, że tak i że gra jest warta świeczki. Ja, patrząc na dane zaprezentowane kilka tygodni temu przez Pokerfuse.com (tutaj), widzę, że w ciągu roku strona GGPoker urosła do gigantycznych rozmiarów, a pod względem dynamiki wzrostu całkowicie zdeklasowała konkurencję, działając przy tym bez większych kontrowersji, bez tej całej toksyczności, którą do gry wnosi pojawienie się Bilzeriana. Jedno wiem na pewno – pokerowa społeczność z pewnością nie potrzebuje takich ambasadorów, choćby w swojej bazie mieli setki milionów followersów. Wygląda na to, że pokerowy biznes, jakim jest GGPoker, tak.

Dynamika wzrostu poker roomów (rok do roku)

W mojej opinii GGPoker przyjęło następującą strategię: eksploatujemy zasięgi Bilzeriana, a jeśli coś grubego wywinie – nie tam jego klasyczne twitterowe fuck off, fuck all y’all, eat a dick, czy nawet wczorajsze stul pysk, dziwko – nikt cię nie zna – to w moment się od niego odetniemy i rączki będziemy mieli czyste. No nie podoba mi się takie coś. A już w ogóle dostaję białej gorączki, gdy czytam komentarz Daniela „ambasadora na zlecenie jedynego” Negreanu, który swoim komentarzem uwiarygadnia mit wielkiego pokerzysty, którym niby jest Dan Bilzerian. No ale KidPoker znany jest z tego, że jest bardzo lojalnym pracownikiem swoich sponsorów.

– Dan dołączający do Teamu GGPoker to wielka wygrana! Nikt w pokerze nie ma większych zasięgów od Dana. On wygrał miliony w grach cashowych i nie boi się stawić czoła rekinom z wysokich stawek na GGPoker!

Z chęcią zobaczę Pana Ambasadora w grze z Wiktorem, Linusem i Timofeyem. Niech tylko taka gra zacznie chodzić, to z miejsca siądę do robienia screenów z showdownów i przekonamy się wówczas, jak wielkim pokerzystą Dan Bilzerian jest.

Gdzie leży granica, której nie powinniśmy przekraczać?

Gdy widzę, że na ambasadora najpopularniejszego obecnie poker roomu, a więc po części na ambasadora dyscypliny, wybrany zostaje potencjalny „granat z opóźnionym zapłonem”, zastanawiam się, gdzie jest granica, której w pogoni za zasięgami i rozgłosem nie powinniśmy przekraczać. Czy GGPoker już tę granicę przekroczyło? Każdy z nas ma pewnie swoje zdanie na ten temat. Ja skłaniam się do tego, że tak. Niestety czasy są takie, że cel uświęca środki. W tym przypadku celem jest 32 mln osób śledzących na Instagramie internetowy teatrzyk Pana Ambasadora.

GGPoker ryzykuje tym posunięciem, ale perspektywa dotarcia do dziesiątek milionów odbiorców z ich punktu widzenia jest zagraniem EV+, dlatego w pełni rozumiem ich decyzję. Konwersja choćby 1% jego widzów na graczy (nie mówiąc już o większej konwersji) jest szansą na dalszy dynamiczny rozwój ich biznesu. Takiej pokusy pewnie i sam anioł by sobie nie odmówił.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez GGPoker (@ggpokerofficial)

Mogę tylko ubolewać nad tym, że gdzieś na tym wszystkim cierpi sztuka – aż boje się w tym miejscu użyć słowa moralność, bo mogę zostać wyśmiany – ale kto by się czymś takim w dzisiejszych czasach przejmował. Osobiście uważam, że będzie to bardzo burzliwy mariaż, który marketingowców z GGPoker przyprawi o kilka siwych włosów. No ale cóż, musieli wiedzieć, na co się piszą; sami się na to zgodzili, tak więc bez marudzenia mi potem, jak już mleko się rozleje, a jestem przekonany, że tak właśnie będzie. Zapinamy pasy i czekamy na rozwój wydarzeń.