© Wieczna Tułaczka: http://www.wiecznatulaczka.pl/tatry-swinica-czesc-ii/

Było to niedługo po akcji ratunkowej na Naga Parbat. Pamiętam, jak w trakcie podróży do Ołomuńca, rozmawialiśmy z Jackiem Danielsem na temat górskich wojaży. Czyniąc długą historię krótką, zgodziliśmy się co do tego, że wypadek na szlaku jest nie tylko pochodną braku umiejętności, ale również zwykłego rachunku prawdopodobieństwa. Jak w pokerze, gdzie można grać dobrze i przegrać pulę, tak w górach można nie zrobić nic wbrew sztuce i stracić życie. Raz na jakiś czas to się zdarzy. Gdy o tym rozmawialiśmy, byłem w nastroju, nie tyle nawet, że chwilowym, tylko w jakimś takim długotrwałym, gorszym, że pasowało mi takie „załatwienie tematu” gór. W tamtej chwili byłem święcie przekonany o tym, że w życiu już na szlak nie wyjdę.

Od czasu tamtej rozmowy minęły ponad dwa lata. Banalne byłoby pisanie teraz o tym, ile się w tym czasie zmieniło, bo oczywiste jest to, że zmieniło się bardzo, bardzo dużo. Skoro jednak rozmawiamy dziś na temat gór, to odniosę się tylko do tej tematyki. Moje nawrócenie na góry rozpoczęło się w chwili, gdy zacząłem się regularnie ruszać. Od jakiegoś czasu jednego dnia jeżdżę na rowerze, drugiego uprawiam szybkie marsze. Przy mojej wadze bieganie jeszcze nie wchodzi w grę, ale oczywiście mam nadzieję za jakiś miesiąc lub dwa więcej truchtać niż maszerować. Od chwili, gdy zacząłem bardziej dbać o siebie, zacząłem z większym optymizmem patrzeć w przyszłość. Z totalnego leniwca, który poza kuflem piwa – a najlepiej pięcioma – świata nie widział, stałem się osobą, która potrafi wyznaczyć sobie cele i mimo bólu potrafi te cele realizować. Trafiło do mnie to, że większość wyzwań, które przed sobą stawiamy, to tak naprawdę bariery mentalne, a nie fizyczne czy techniczne. Siła woli góry przenosi.

Cel: Świnica

Kilka miesięcy temu, gdy moja żona i jej siostra wyjeżdżały w góry, a ja zostawałem w domu, czułem, że coś mnie omija. Na ten moment nie ćwiczyłem jeszcze, w tym nie ćwiczyłem siły mentalnej, stąd też tylko połowicznie żałowałem tego, że nie jadę z nimi. Ta druga część mnie pocieszała się myślą, że nie będę narażał się na ryzyko. Gdy tak teraz na to patrzę, gdy zrozumiałem, że mogę osiągnąć bardzo wiele na każdym polu, o ile tylko do realizacji celów w pełni zaangażuję swój umysł i poprę zaangażowanie mentalne ciężką pracą, wiem, że coś tam jednak przegapiłem, bo gdy był czas na podjęcie decyzji o dołączeniu do wyprawy, byłem zbyt wygodny (po co się męczyć?) i zbyt strachliwy (niebo mi spadnie zaraz na głowę, a ja razem z nim spadnę z tego szlaku).

Blog. Doro

Gdy człowiek przestaje leżeć, a zaczyna się ruszać, zmienia się jego nastawienie do życia, więcej mu się chce. Myślę, że to właśnie dzięki temu pozytywnemu zmęczeniu ta życiowa szklanka zaczęła być do połowy pełna, a po zapijaczonym i zdemotywowanym leniwcu z tamtego samochodu śladu już nie ma. Wypad w góry, i inne inicjatywy, zacząłem postrzegać w kategorii szansy na przygodę, szansy na przeżycie czegoś wyjątkowego, a nie w kategorii szacowania prawdopodobieństwa tego, że coś pójdzie nie tak i że wydarzy się nieszczęście. Stąd też, gdy tylko pojawił się plan rodzinnego wyjazdu w góry we wrześniu, z miejsca wpisałem się na listę uczestników. Gdy usłyszałem, że dziewczyny zagięły parol na Świnicę, to najpierw troszkę mi rura zmiękła, a gdy oswoiłem się już z tą myślą, to od tego dnia nie opuściłem już żadnego treningu. Świnica, czemu nie? Zrobię wszystko, żeby kondycyjnie dobrze się do jej zdobycia przygotować. Jak to mówią, im więcej potu i krwi na treningu, tym mniej tego wszystkiego w realnej walce.

Ciąg dalszy przygód nieporadnego wędrowca

Gdy jeździłem na relację z Feverów, rozmawiałem z kilkoma osobami, które bardzo pozytywnie wypowiadały się na temat odcinków bloga, w którym opisywałem moje górskie wojaże. Na pewno relacjonowałem dwie dłuższe wyprawy w Tatry, jedną w Bieszczady i jedną krótką w Tatry, za to zakończoną moimi oświadczynami na Szpiglasowej Przełęczy. Cieszę się na samą myśl o tym, że po powrocie z gór będę mógł znowu wcielić się w rolę nieporadnego wędrowca i z dużą dozą autoironii i dystansu do samego siebie będę mógł opowiedzieć Wam o tym, co działo się na szlakach. Wierzę, że pogoda nam dopisze, że COVID nie pokrzyżuje naszych planów i że Czytelnicy, którzy czerpali radość z czytania wcześniejszych wpisów, ponownie znajdą coś interesującego w moich zapiskach z podróży.

Na dziś koniec – czas na dzisiejszą dawkę marszobiegu.

Doro
Pasjonat pokera, który chciałby, żeby gra stała się ważniejszą częścią jego życia. Wybrał się w drogę z NL2 do NL100. Czy kiedyś zrealizuje swój cel?