Zdarza się, że bogaci biznesmeni, którzy na wysokich stawkach rywalizują z uznanymi zawodowcami, często zaskakują społeczność i wygrywają w grach, w których skazani są na pożarcie. Tylko dla nich i dla osób wtajemniczonych ich sukcesy nie są żadnym zaskoczeniem. 

Może nie z wypiekami na twarzy, ale z dużym zainteresowaniem przyglądam się rywalizacji na festiwalu Triton Poker Super High Roller Series. Na naszych oczach odbywa się wojna dwóch światów, która toczy się pomiędzy zawodowymi graczami oraz bogatymi biznesmenami, którzy w założeniu mają być dostarczycielami pieniędzy – tzw. dead money – w grze toczącej się we wnętrzach hotelu Hilton on Park Lane w Londynie.

Teraz spójrzmy na rezultaty zakończonych już eventów. Zarówno event Triton Milion, jak i Main Event NLHE wygrali gracze, których zaliczamy do grupy bogatych biznesmenów – w najlepszym razie do graczy rekreacyjnych. Po zwycięstwo w najdroższym turnieju w historii sięgnął Aaron Zang, a Wai Kin Yong triumfował w Main Evencie.

Aaron Zang ©Joe Giron/Triton Poker/Pokernews
Aaron Zang ©Joe Giron/Triton Poker/Pokernews

Czy zatem nadawanie wszystkim graczom z Azji ksywy „bogaty biznesmen” nie jest z naszej strony nadużyciem? Sukcesy amatorów, o których niewiele wiemy, świadczą o tym, że tak może być. Wygląda na to, że na Dalekim Wschodzie funkcjonuje inny rodzaj zawodowstwa, którego zachodnioeuropejska społeczność nie do końca rozumie.

W formę lani

W myśl zasady, że bliższa ciału koszula niż sukmana, w naszych głowach funkcjonuje jedyny słuszny wzorzec gracza zawodowego. Jest to najczęściej pokerzysta z wynikami, o których w którymś momencie zrobiło się głośno. Czasami wpadnie do studia PokerGO w hotelu Aria w Las Vegas i zagra w epizodzie Poker After Dark – jednym, bo drugiego dnia ma samolot do jakiegoś wyjątkowego miejsca, gdzie odbywa się prestiżowy festiwal gier na wysokie stawki. Drugi raz pojawia się w tym miejscu, gdy rozgrywany jest event Super High Roller Bowl. Może, ale nie musi nosić naszywki z logo jakiegoś poker roomu. Często należy do jakieś większej pokerowej spółdzielni, a gdy pojawia się na sali, to nierzadko wita się z kolegami po fachu serdecznym „Guten Morgen”.

Steffen Sontheimer - Caribbean Poker Party
Steffen Sontheimer – przykładowy, typowy zawodowiec ©PartyPoker LIVE

Ci inni

Na drugim biegunie jest inny pokerzysta, który od naszego świata jest oddalony nie tylko pod względem dzielącego oba punkty kilometrażu, ale przede wszystkim pod względem kulturowym. Gdy widzimy jego wieloczłonowe nazwisko, którego nawet nie potrafimy zapamiętać, a już zupełnie wymówić, z miejsca zakładamy, że jest to bogaty biznesmen i sponsor pokerowych rozgrywek, taki mecenas do prywatnego użytku zawodowców z zachodniego świata.

Jest to postać absolutnie spoza pokerowego main streamu. Nie pojawia się w telewizji ani w mediach społecznościowych. Gry z jego udziałem nie są nigdzie transmitowane. Amator. Wtajemniczeni wiedzą tylko, że kilka miesięcy w roku przesiaduje w grach cashowych rozgrywanych na absurdalnie wysokich stawkach w kasynach w Makau. Na lans w PokerGO gwiżdże. Na turnieje, o wygraniu których marzą zachodni prosi, nie jeździ, bo wpisowe do Main Eventów nie stanowi czasem wartości jednego blinda w jego codziennej grze. Bywa, że i wygrana takiego Maina ma mniejszą wartość niż wygrana jednego dużego rozdania w sesji cashowej, w jakich ten „bogaty biznesmen” bierze udział.

Wstyd się przyznać, ale tylko dlatego, że mało o nim wiemy, traktujemy go jako pokerzystę drugiej kategorii, a w rzeczywistości może być to kocur, który z takimi „Koonami”, „Haxtonami” i „Sontheimerami” może rywalizować jak równy z równym.

Zdarza się, że poniosą i wilka

Coś nieprawdopodobnego wydarzyło się w finale Miliona w czasie festiwalu Triton. Przed startem heads-upa Bryn Kenney kontra Aaron Zang Amerykanin posiadał przewagę w żetonach w stosunku 5:1. Jakim więc cudem ten uznany zawodowiec nie zdołał domknąć czegoś, co było już właściwie domknięte, zaryglowane i zaspawane? Wpływ krótkoterminowej wariancji to jedna rzecz, ale czy choćby przez ułamek sekundy nie zakiełkowała w Waszych głowach myśl, że Kennney przegrał ten finał trochę na własne życzenie? A jeśli tak było, to czy nie stało się to w następstwie myślenia, że już jest po wszystkim, turniej właściwie wygra się sam, skoro przeciwnikiem jest ten – przepraszam za określenie – skośny donczur? Ja uważam, że może być coś na rzeczy.

Uzgadnianie deala Bryn vs Zang ©Triton Poker

Sam już kilkakrotnie dostałem nauczkę i myślę, że większość z nas miała solidnie przytartego nosa, gdy gracz określany mianem „dziada”, „semi-dziada” czy „czeskiego donczura” zabrał nam – lub osobom, którym kibicowaliśmy – cały stack. Gdy to nastąpiło, wszyscy byliśmy w szoku i przecieraliśmy oczy ze zdumienia.

A może nasz rywal nie był wcale taki słaby, tylko my byliśmy zbytnio zapatrzeni w siebie i nie zauważyliśmy tego, co było istotne w jego grze? Efekt jest taki, że ten słabeusz zarobił, a my pozostaliśmy z przeświadczeniem, że i tak byliśmy lepsi, tylko ten donczur wyberecił swój dobry wynik. Czasami właśnie tak będzie, jednak nie można wykluczyć, że właśnie mieliśmy okazję rywalizować z kimś pokroju „bogatego biznesmena”, który może i nie jeździ po świecie w poszukiwaniu akcji, ale w swoich lokalnych grach zdołał nabrać tyle doświadczenia, że może stanowić zagrożenie dla pokerzystów pod każdą długością i szerokością geograficzną.

Uczmy się języków. Peace <3

Doro
Pasjonat pokera, który chciałby, żeby gra stała się ważniejszą częścią jego życia. Wybrał się w drogę z NL2 do NL100. Czy kiedyś zrealizuje swój cel?