WSOP

Idea wszelkich rankingów sprowadza się do uporządkowania wydarzeń w sposób hierarchiczny. Moje top-5 momentów z festiwalu WSOP spełnia te warunki tylko połowicznie. O ile wiem, co najbardziej zapadło mi w pamięć, to nie do końca potrafię nadać rangi tym wydarzeniom i przypisać do nich miejsca.

„Sprawdzisz i będzie po wszystkim, baby”

Scotty „The Prince of Poker” Nguyen został zwycięzcą Main Eventu WSOP w 1998 roku. Patrząc na metrykę, miałem wówczas niespełna 16 lat.

O pokerze nie wiedziałem wtedy nic – no może poza ogólnym przeświadczeniem, że gra się w tę grę w saloonach na Dzikim Zachodzie; że bywa tak, że można stracić życie i że wygrana uzależniona jest od kantowania i od umiejętności blefowania. Nie wiem, dlaczego coś takiego mi imponowało. Jak tak teraz sobie myślę na temat moich ówczesnych, mglistych wyobrażeń na temat pokera, to dochodzę do wniosku, że być może magnesem było to, co pociąga większość facetów: duże pieniądze, broń, alkohol, kobiety i elitarne towarzystwo samców alfa, twardych gości biorących udział w grze, w której stawką bywało życie.

Nie powiem Wam nawet tego, gdzie zobaczyłem po raz pierwszy tę scenę, bo tego nie pamiętam. W każdym razie odżyły moje mętne wyobrażenia o pokerze, a w oczach zabłysnęły języki ognia. W mojej głowie kasyno Binion’s Horseshoe było takim saloonem z westernu, tyle że przyodzianym w nowe szaty. Wszystko inne – prawie wszystko – mi się zgadzało. Były pieniądze, był alkohol, papierosy, zbiorowisko ludzi żądnych wrażeń i tekst Nguyena, który przeszedł do historii – Jeśli sprawdzisz, będzie po wszystkim, baby…

The Prince of Poker wyglądał wówczas jak osoba z moich wyobrażeń na temat pokera. Miał image kanciarza, który skrywał swoje nieszczere intencje za okularami. Za to jego rywal (Kevin McBride) kompletnie nie pasował mi do tego obrazka. Wyglądał jak nauczyciel, a nie hazardzista. Czerwona bluza i jeansy? No proszę Was – ktoś tu przyszedł grać w brydża, czy walczyć o życie?

McBride, jak powiedział, tak zrobił, sprawdził i zagrał boardem, na którym ułożony był full 99988. Scotty Nguyen miał jednak czwartą dziewiątkę, która dała mu karetę i zwycięstwo w turnieju. Reszta to  już historia…

Mam nadzieję, że jesteś ze mnie dumny, ojcze

W 2006 roku Main Event WSOP wygrał Jamie Gold.

Był to dla mnie okres, kiedy już byłem znacznie bardziej świadomy tego, czym jest współczesny poker. Do zmiany moich poglądów przyczyniła się przede wszystkim dostępność szybkiego Internetu, pokerowe forum Doliego oraz polska edycja miesięcznika CardPlayer.

ESPN, jak to miało w zwyczaju, kilka miesięcy po zakończeniu gry wyemitowało wieloodcinkową relację z turnieju głównego. Był to dla mnie szczególny czas, bo właśnie skończyłem studia i szykowałem się do obrony pracy magisterskiej. Ale jak tu bronić czegoś, co nawet jeszcze nie powstało. Mówiłem sobie mañana, mañana, są ważniejsze rzeczy niż nauka i w końcu odpierdzieliłem taką „manianę”, że obroniłem się za rok, gdy widmo pozostania z wykształceniem prezydenckim stało się bardzo realne.

Pamiętam, że wszystkie odcinki z tej relacji obejrzałem jednego dnia. Do seansu dołączyła się nawet moja ówczesna dziewczyna, która chciała spędzić ze mną trochę czasu. W filmie, który widzicie poniżej, wzrusza mnie moment rozmowy Golda z Johnny Chanem w finałowym rozdaniu. Stary mistrz, u którego przed turniejem szkolił się Jamie, każe się młodzianowi odprężyć, a ten zaklina rzeczywistość i prosi los o to, żeby jego ręka utrzymała się do końca.

To jednak pikuś. Prawdziwy wyciskacz łez to rozmowa, którą nowy mistrz ME WSOP przeprowadza przez telefon ze swoim ciężko chorym ojcem, już po zakończeniu gry. Możecie ją zobaczyć w ostatnich sekundach poniższego nagrania. Kamery zarejestrowały, jak dziecko dzwoni do rodzica, żeby pochwalić się swoim sukcesem; jak szuka akceptacji i słów uznania i jak mówi ojcu, ze go kocha i że żałuje, że ten nie mógł widzieć jego zwycięstwa osobiście. Takie sceny zawsze chwytają mnie za serce.

Ostatnia ręka Doyle’a Brunsona na WSOP?

W swoim życiu miałem takie szczęście, że na żywo oglądałem ostatnie występy przynajmniej dwóch legend, które przez dekady dominowały w swoich dyscyplinach. Widziałem ostatni rzut Michaela Jordana i ostatnie rozdanie Doyla Brunsona. W pierwszym przypadku było niemal jasne, że Jego Powietrzna Wysokość trafi – przecież zawsze trafiał w najważniejszych momentach, co decydowało o jego wielkości. Za to ostatni turniej Doyla Brunsona śledziłem do końca w niesamowitym napięciu, a gdy jego eliminacja stała się faktem, wytężałem wszystkie zmysły, aby tę chwilę zapamiętać.

Paradoksalnie nie pamiętam, jak to się stało. Tak, wiem, co mówię. Nie pamiętam tego, jak wyglądało ostatnie rozdanie Brunsona na WSOP i myślę, że mało kto pamięta. W tej podniosłej chwili to nie karty znajdowały się w świetle jupiterów, ale legendarny gracz z Texasu, który po raz ostatni występował na arenie, która była jego domem przez blisko pięćdziesiąt lat.

Texas Dolly miał pożegnanie godne największej legendy dyscypliny, a w swoim ostatnim tańcu mógł pokusić się nawet o zdobycie jedenastej bransoletki mistrzowskiej. Tak się jednak nie stało, ale mimo wszystko i tak był to fantastyczny i niezapomniany dla mnie wieczór.

Doyle Brunson
©Drew Amato, Poker Central

Padł, jak rażony piorunem

Gdy Daniel Negreanu nie tweetuje o polityce i nie broni zaciekle swojego sponsora, to naprawdę jest gościem, którego można lubić. Jeśli puszczę w niepamięć jego aktywność w powyższych obszarach, to z miejsca staję się jego wielkim kibicem i życzę mu najlepiej.

Trzeba Kanadyjczykowi oddać to, że doskonale wywiązuje się z roli nie tylko ambasadora PokerStars, ale z roli globalnego ambasadora pokera. Jestem przekonany, że w lipcu 2015 roku, gdy KidPoker znajdował się o krok od finałowego stołu w Main Evencie WSOP, większość z nas ubolewała nad tym, że jeden z najbardziej rozpoznawalnych i najsympatyczniejszych pokerzystów świata zakończył grę na 11. miejscu.

Nie widziałem tego momentu na żywo, ale kładłem się spać z myślą, że byłoby super, gdyby tak rozpoznawalny gracz pojawił się w finale najważniejszego turnieju, jaki widnieje w pokerowym kalendarzu. Wierzyłem, że tak się stanie i że ewentualny sukces Negreanu może tylko pozytywnie wpłynąć na dalszy rozwój dyscypliny.

Gdy po przebudzeniu zobaczyłem nagłówki wiadomościach, było mi po prostu przykro. Gdy chwilę później zobaczyłem, w jaki sposób doszło do jego eliminacji, to poczułem ukłucie w sercu. Znam realia tej gry i wiem, że wygrana to wygrana, a porażka to porażka – zupełnie nie ma znaczenia to, w jaki sposób dojdzie do ostatecznego rozstrzygnięcia. Jestem jednak zdania, że eliminacja Kanadyjczyka była po prostu brutalna, a jej ciężar gatunkowy i emocjonalny był znacznie większy niż zwykle. Tak sobie myślę, że kierowa dama na riverze mogła kosztować pokerową społeczność szansę na pojawienie się kolejnego impulsu, który mógłby przełożyć się na kolejne otwarcie, może pokerowy boom 2.0 i dynamiczny rozwój naszej ukochanej dyscypliny.

Daniel Negreanu
Photo: Joe Giron

Powrót „dziadów” marnotrawnych

Na koniec chciałbym wspomnieć jeszcze o wydarzeniu, które miało miejsce w 2016 roku. Wówczas to do grona uczestników najbardziej prestiżowych pokerowych rozgrywek wrócili dwaj pokerzyści wyklęci Chris Ferguson oraz Howard Lederer.

Czy społeczność pokerowa czekała na ich powrót? Nie. Wielu pokrzywdzonych przez Full Tilt Poker pokerzystów do dzisiaj jest zdania, że wcześniejsze czyny obu graczy powinny automatycznie dyskwalifikować ich z udziału w życiu społeczności. Jednak duet z FTP nic sobie z tego nie robił i mimo powszechnego ostracyzmu stanął do rywalizacji o złote bransoletki. Od pierwszych przecieków mówiących o tym, że come back może stać się faktem, zaczęliśmy ich wyczekiwać.

Nie było wiadomo, jak na powrót dziadów marnontrawnych zareagują osoby dotknięte skandalem na FTP. Bałem się, że sytuacja może szybko eskalować w jakiś, oby tylko, nieprzyjemny, werbalny konflikt pomiędzy ofiarami, a sprawcami ich nieszczęścia. Jak się okazało, skończyło się tylko na strachu i na nielicznych prowokacjach. Ofiar w RIO nie było.

To, co wydarzyło się rok później, może stanowić kanwę scenariusza potencjalnego przeboju kinowego na miarę „Wilka z Wall Street”. Po ponad pięciu latach od Czarnego Piątku „Jesus”, w końcu, wystąpił w roli bohatera pozytywnego. Amerykanin zaliczył 23 miejsca płatne, zdobył szóstą bransoletkę mistrzowską (na WSOPE) i w cuglach zdobył tytuł Gracza Roku WSOP.

Jest ktoś, kto chciałby napisać historię o winie i odkupieniu?

PPPoker Darmowe 10€

PPPoker