W czasie eventów WSOP gracze rywalizują nie tylko o złote bransoletki i miliony dolarów, ale również o punkty do klasyfikacji „Gracz Roku WSOP” (z j. angielskiego POY). Przyjęło się, że wygranie tej klasyfikacji jest osiągnięciem bardzo prestiżowym, przez co wielu graczy angażuje swoje zasoby w zdobywanie jak największej liczby punktów.

Trzeba sobie zadać pytanie, czy słusznie?

Ostatnie doniesienia, którymi na Twitterze podzielił się ze społecznością Paul Volpe, trzykrotny zdobywca bransoletki mistrzowskiej WSOP, mnie osobiście mocno wprawiły w osłupienie. Okazuje się, że zwycięzca bieżącej edycji rankingu za swój sukces nie otrzyma żadnej nagrody. Jedynym wyróżnieniem dla gracza będzie, tradycyjnie już, wielki baner z jego zdjęciem portretowym, który w czasie kolejnego festiwalu WSOP będzie wisiał w sali turniejowej.

Czy kosztów cięcie to nie duże przegięcie?

Autor zauważa, że to smutne, że WSOP wprowadziło politykę taniości.

Moje zdanie na ten temat jest nieco ostrzejsze – nie nazwałbym tego skandalem, bo w końcu jest to ranking WSOP, z którym organizator może robić sobie, co żywnie mu się podoba, jestem jednak zdania, że włodarze WSOP powinni okazać graczom rywalizującym o tytuł szacunek i przekazać zwycięzcy nagrodę pieniężną, która pokryłaby chociażby cały rake, jaki w trakcie turniejów w danym roku zapłacił zdobywca tytułu. W przypływie szczodrości WSOP mogłoby mu zwrócić nawet całe wpisowe i dać jakieś kilka tysięcy esktra „na frytki”. Nie byłoby to posunięcie fair?

Ile można poświęcić dla zdobycia tytułu?

Wielu pokerzystów organizuje swój plan startów w ten sposób, aby maksymalnie zwiększyć swoje szanse na zdobycie punktów rankingowych. Nie jest niczym bardzo dziwnym sytuacja, w której gracz szukający punktów rejestruje się do eventu rozgrywanego w odmianie, która, łagodnie rzecz ujmując, nie jest jego domeną. Bywa i tak, że zaangażowany w pogoń za tytułem POY pokerzysta wędruje od turnieju do turnieju i gra w co popadnie.

Najbardziej zdeterminowani gracze po punkty – myślę, że po części również po szansę zdobycia bransoletki mistrzowskiej – wybierają się na WSOP-E, które od kilku lat odbywa się w King’s Casino w Rozvadovie. Nie muszę nikomu mówić, ile to wszystko musi kosztować…

Zmiana polityki WSOP

Nie zawsze tak było. Nie zawsze zdobywcy tytułu POY opuszczali teatr zmagań z uściskiem dłoni prezesa. Gdy po tytuł sięgnął Daniel Negreanu – jedyny gracz, który może poszczycić się wygraniem klasyfikacji dwukrotnie – „spod hali odjechał” nowiuśkim samochodem marki Toyota Tundra.

Jeszcze niedawno zwycięzcy klasyfikacji otrzymywali wejściówkę do Main Eventu, do którego wpisowe wynosi 10.000$. Ben Lamb przyznaje, że – po mniejszym lub większym zamieszaniu – otrzymał darmowy pokój w hotelu. Shaun Deeb dowiedział się, że nic nie otrzyma po tym, jak został graczem roku na WSOP.

Teraz nie otrzymują już nawet tego.

Czy warto walczyć o tytuł POY WSOP?

Pierwsza myśl – absolutnie nie. Nie warto tego robić. Oprócz połechtania własnego ego zdobywca tytułu „Gracz Roku WSOP” nie ma z racji wygranej żadnych wymiernych korzyści.

Druga myśl. Jeśli wyjdziemy z założenia, że produkt warty jest tyle, za ile ktoś skłonny jest za niego zapłacić, to sprawa wygląda bardzo prosto. Może to właśnie nie o te wymierne korzyści chodzi, tylko o rywalizację i zaspokajanie ambicji czysto sportowych? Właściwie można by rzec, że takie podejście jest godne pochwały.

To przykre, że WSOP kompletnie nie zauważa – najłagodniej, jak można rzecz ująć – dużej niezręczności związanej z tematem braku nagród. W moim odczuciu jest to bardzo, bardzo słabe. Czy firmie o takiej rozpoznawalności naprawdę trudno byłoby znaleźć sponsora, który ufundowałby nagrodę godną zdobywcy tytułu „Gracz Roku”?