Siedem intensywnych dni w Ołomuńcu za mną. Zobaczcie, jak zapamiętałem wielką pokerową majówkę.

Zaraz, zaraz. Dlaczego siedem, co ten Doro? Przecież festiwal Poker Fever MINI Series trwał zaledwie pięć dni.

Owszem, festiwal trwał pięć dni, ale ja w Ołomuńcu byłem dwa dni dłużej. Plany były bogate – skoro już jesteśmy z JD na miejscu przed rozpoczęciem festiwalu, w końcu może opuścimy mury kasyna i udamy się na zwiedzanie okolic. Jak to jednak często bywa, z planami jest tak, że się zmieniają lub po prostu biorą w łeb. W idealnym świecie grzecznie kładziemy się spać; śpimy osiem godzin, a potem po śniadaniu bierzemy kompas, mapę i manierkę i ruszamy w nieznane. Nie muszę jednak nikomu mówić, że to nie jest idealny świat i – nie ma się co oszukiwać – pobudka nie przypadała na poranek, tylko na drugie śniadanie; za oknem pizgało złem; padało, wiało – dlatego też woleliśmy ten nasz bezpieczny kurwidołek bez okien i summa summarum nigdzie się nie ruszyliśmy.

Różne „poziomy dziadostwa”

Zaraz po wyjściu z pociągu, biegusiem, migusiem, przemieściliśmy się do Go4Games Casino, bo tam trwał late reg. w evencie za 400 CZK. Nazwaliśmy go z Jackiem High Rollerem. Ja tego wieczoru byłem tylko obserwatorem, ale JD dołączył do gry i całkiem dobrze sobie radził.

Swoją drogą, poziom był zatrważający (tematowi gry w Ołomuńcu poświęcę oddzielny artykuł). W eventach z wpisowym poniżej ludzkiej godności zaobserwowałem graczy, których w turniejach za 1.000 CZK+ już przy stołach nie było. Wszyscy oni prezentowali różne poziomy dziadostwa: uber dziad, przedziad i dziadek mróz. Koszmarne, bezmyślne granie. I te ich miny, które po każdym przegranym rozdaniu zdradzały tylko to, że nie wiadomo, co właściwie się stało i dlaczego się stało. Zero jakiejkolwiek refleksji; zero wyciągania wniosków. Raz za razem to samo, dziadowskie, zagranie. Re-buy!

Drugiego dnia zagraliśmy już we dwóch. Tym razem był to Super High Roller za 800 CZK. Grało mi się bardzo dobrze, aż do momentu, w którym z turnieju nie wyrzucił mnie… Jack Daniels. Miałem draw do koloru i dwie overkarty, mój przeciwnik top parę. Boom, boom, boom na flopie i… jemu holdnęło. Już miałem odpuścić, bo powrót oznaczał 20 BB w stacku startowym, ale jak sobie pomyślałem o morzu dziadostwa, które zalewa okolice, to musiałem wrócić do gry. Wróciłem i zawędrowałem na FT; skończyłem grę na 6. miejscu i zainkasowałem, zawrotne, 3.600 CZK. Ballin’.

One Drop

Trzeciego dnia bolało mnie serce, gdyż z racji obowiązków nie mogłem przystąpić do gry. Wpisowe znowu zostało podwojone (1.500 CZK) i rozpoczęła się rywalizacja w Jack Daniels Poker CUP, czyli pod względem finansowym właściwie One Drop. Gospodarz tego turnieju okazał się mało gościnny i zajął w nim trzecie miejsce, i dzięki temu zagwarantował sobie 50.000 CZK wygranej, zapiekanki, prostytutki i akumulator do Seicento.

Miło było patrzeć na to, jak Jacku swoją solidną grą odprawia z kwitkiem kolejnych młodych wilczków. Z jego ręki padli: Kejku, Lavaas, Tomasz Jagiełło, którzy na jego solidność reagowali zbytnim levelowaniem się. Dzięki temu stack gospodarza rósł na potęgę, aż w pewnym momencie wyglądał jak mur oddzielający Północ od świata, w którym żyją Dzicy i Umarli.

Mur

Jeśli już mowa o One Drop: w puli nagród kropelek było znacznie więcej niż jedna; znacznie więcej niż jedną kropelkę trzeba było przyjąć, żeby na finałowy stół w ogóle awansować. Paymyoverbet, który wygrał turniej, zabrał do domu 3 litry soku z gumijagód, a Czech, który wyeliminował Jacka, kolejny litr. W międzyczasie stragan pod marką Jack Daniels szerokim gestem wydawał kolejne nagrody.

Bez zęba krupier, przodownik pracy!

Przechadzam się któregoś dnia po sali turniejowej w poszukiwaniu akcji i widzę, jak jeden ze znanych mi krupierów z Polski ukrywa głowę w dłoniach. Akcja dzieje się przy stole, który dopiero ma zostać otworzony. Myślę sobie – no pochlał albo śpi. Podchodzę więc do niego i głośnym: „Nie śpimy. Lecimy!” mobilizuję go do pracy – taki śmieszny ze mnie gość. Gdy podnosi głowę, widzę, że moje przypuszczenia okazały się błędne. Widzę też grymas bólu na jego twarzy, ale takiego bólu innego niż kacowy ból głowy. „Strasznie boli mnie ząb” – wycedził nie bez wysiłku. „Jak nic się nie zmieni, jadę do szpitala na ostry dyżur” – dodał.

Ten krupier już wtedy mi zaimponował, bo swoje kilkadziesiąt minut przy stole, gdy trzeba pozostawać w pełnym skupieniu, przepracował, a dopiero potem udał się do szpitala. Nie wiem, ile czasu minęło, stawiam, że jakieś dwie godziny – w Czechach służba zdrowia działa zdecydowanie lepiej niż w Polsce – a nasz przodownik pracy, lżejszy o jeden ząb, z uśmiechem na ustach wrócił na pokerową salę i do rozdawania kart. To się nazywa etyka pracy! Do teraz jestem pod ogromnym wrażeniem jego wyczynu.

„Ale to nie do mnie tak, do mnie nie”

Niestety w trakcie tego festiwalu byłem świadkiem kilku zachowań, których nie chciałbym widzieć przy pokerowych stołach, i to nie tylko na Poker Fever, ale w ogóle nigdzie. Rozumiem mechanizm tego, że głowa się zagotuje, emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, a aparat gębowy, niejako z automatu, wypluwa serię inwektyw. Pół biedy, gdy stiltowany gracz rozdaje swoje żetony, mimo iż ma realną szansę na wygranie całego turnieju, ale już bieda całkowita, gdy jego frustracje przelewane są na innych graczy.

Gdyby takie tyrady popłynęły pod adresem np. Gary’ego czy Jacka Danielsa, którzy nie dadzą sobie w kaszę dmuchać, przyjemny wieczorek z pokerkiem mógłby zakończyć się teksańską masakrą piłą mechaniczną. Po co to komu? Po co takie negatywne emocje?

Inna sprawa, że przy stołach często siedzą (lub obserwują takie zdarzenie) gracze, którzy na festiwalu live są po raz pierwszy. Nie po to walczymy od czasów tego cholernego filmu, którego nazwy już nie wypowiem, ze zmianą wizerunku pokera, żeby pokazywać, że tak naprawdę to wiele się nie zmieniło. My wiemy, że tak, ale sęk w tym, że nowicjusz z miejsca zrazi się do gry.

Apeluję o dobre maniery przy stołach. O podstawy. O ugryzienie się w język. Pamiętajcie, że nie tylko Wy bardzo chcecie. Inni też chcą, a każdy ma prawo robić to na własny sposób – czasem niekonwencjonalny lub wręcz dziadowski.

Ojcowie i synowie

Nie chcę kończyć podsumowania udanego festiwalu, który w 95% przebiegał w przyjaznej atmosferze, smutnym akcentem, dlatego postanowiłem jeszcze napisać o zjawisku, które podczas majówki wyjątkowo rzuciło mi się w oczy. Mówię o starcie w festiwalowych eventach ojców i synów.

W zakończonym festiwalu w rodzinnym duecie występowali Tomasz i Kilian oraz KNT2 i Breakpoint. We wcześniejszych edycjach Poker Fever do stołów zasiadali Drzewko oraz Dominik Pańka.

Miło się patrzy na to, jak rodzinne duety się wspierają i nawzajem zagrzewają do walki. Niewiele brakowało, aby na finałowym stole Main Eventu zagrał KNT2 i Breakpoint – ostatecznie ta sztuka udała się tylko juniorowi. Ojciec był jednak przy synu do samego końca, a do tego przez cały czas, dzięki możliwościom, jaki daje współczesna technika, prowadził relację video dla rodziny i przyjaciół, którzy śledzili doniesienia wprost z finałowego stołu turnieju głównego Poker Fever MINI Series.

Breakpoint i KNT2
Breakpoint i KNT2

Życzyłbym sobie, żeby ojcowie i synowie jak najczęściej przyjeżdżali na Poker Fever. Nie ma nic bardziej łączącego członków rodziny niż wspólne pasje.

Kolejny Poker Fever już w czerwcu. Do wspólnej zabawy zapraszamy w dniach od 20 do 23 czerwca.

Poker Fever CUP czerwiec – zapraszamy do gry o gwarantowane wejściówki!