John Hesp

Czy oglądanie pokera w „telewizji” jest dla Was atrakcyjne? Zdaniem Doro znacznie zwiększyła się podaż dostępnych materiałów, ale ich oglądanie nie jest już tak pasjonujące jak kiedyś. Zobaczcie dlaczego.  

Cofnijmy się do pierwszej dekady XXI wieku. Do Czarnego Piątku pozostały 3-4 lata. Telewizyjny poker przeżywa ogromny boom. Na antenie brylują dwa programy: High Stakes Poker oraz Poker After Dark. Pokerzyści, którzy w nich występują, z dnia na dzień zyskują popularność godną celebrytów.

Dlaczego te programy odniosły tak wielki sukces? Występowały w nich gwiazdy; grano na wysokie stawki; ciągle coś się działo. Odpowiedzi można mnożyć, ale ostatecznie wszystko sprowadza się do tego, że nikt wcześniej czegoś takiego nie pokazywał. Zaraz odezwą się puryści stojący na straży historycznej prawdy i powiedzą: „Hola, hola, młody człowieku. A nie pamiętasz, że to wszystko zaczęło się od ‚Late Night Poker’?”.

Late Night Poker

Oczywiście, że pamiętam, jednakże tamten program był trochę czymś innym niż PAD. Bez wątpienia Late Night Poker dał początek formatom, które kilka lat później pobiły go na głowę pod względem popularności. To w tym programie po raz pierwszy w historii zastosowano kamery, które umożliwiały podglądanie kart zawodników. To tam swoją popularność budowali, m.in.: Dave Ulliot, Liv Boeree, Simon Trumper, Vicky Coren i inni. Ktoś powie, że nie wymieniłem Phila Hellmutha. Nie wymieniłem, bo gdy on wygrywał finał LNP, miał już na swoim koncie sześć bransoletek mistrzowskich WSOP i w mojej opinii to on swoją obecnością znacznie bardziej promował program, niż program jego.

Wróćmy do meritum. W takim High Stakes Poker jeden sezon trwał trzynaście tygodni (długość charakterystyczna dla typowej ramówki telewizyjnej). W tym czasie producenci pokazywali najciekawsze fragmenty z trzydniowej sesji, którą wcześniej rozgrywali pokerzyści. Odcinek trwał niecałe 45 minut. Całość była montowana i edytowana, a dopiero potem trafiała na ekrany naszych monitorów. Człowiek nie mógł doczekać się kolejnej części, bo w każdym rozdaniu działo się coś ciekawego. A jak jest teraz?

Boooooring!

Teraz to wszystko trwa za długo! Ja bardzo lubię – a może powinienem powiedzieć, że lubiłem – oglądać pokerowe programy, tylko że obecnie, żeby cokolwiek zobaczyć, muszę poświęcić na to od pięciu do sześciu godzin. Po pierwsze nie mogę sobie na to pozwolić, a po drugie nie uważam oglądania każdej ręki w sesji za coś szczególnie ciekawego. Jesteśmy świadkami rozdań, w których nic się nie dzieje, a że natura gry jest taka, że w większości przypadków się folduje, to i z ekranów często wieje nudą. Szczególnie, gdy przy stole siedzą mruki. (Nie „murki”. O mrukach czytajcie w dalszej części).

Nuda

Producenci pokerowych programów, tutaj głównie myślę o PokerGO, postawili na pokazywanie przebiegu rozgrywki w całości. Minusem takiego rozwiązania jest nuda, o której wspomniałem powyżej, a plusem możliwość wgryzienia się w dynamikę, jaka panuje przy stole. Dla pokerowych pasjonatów, dla osób, które uczą się gry poprzez podpatrywanie zagrań dobrych zawodników, jest to doskonałe narzędzie szkoleniowe.

Nie pomylę się chyba, jeśli stwierdzę, że widzowie dzielą się na dwa obozy. Czy zatem nie można zrobić tak, żeby wilk był syty i owca też? Pozostawmy transmisje na żywo, ale dajmy też osobom, które mają mniej czasu i które już w swoim życiu widziały wiele foldowania, materiał po edycji, skrócony do maksymalnie 60-minut. Ja z chęcią coś takiego obejrzę, jeśli tylko nie będę musiał oglądać akcji typu c-bet, tank, fold. A Wy?

Denominacja wpisowego

Ostatnio w ogóle jakoś mniej chętnie oglądam pokera. Powodem takiego stanu rzeczy jest to, że mi to wszystko spowszedniało. Praktycznie co chwilę ktoś organizuje High Rollera za 25.000$ (i więcej) i pokazuje go w sieci. Gdy liczę wartość wpisowego na chłodno, jest to bardzo dużo pieniędzy, ale mnogość eventów z wysokim wpisowym sprawia, że te kwoty przestały już na mnie robić jakiekolwiek wrażenie. W dawnych czasach, kiedy takich transmisji nie było, człowiek dałby się pokroić za to, żeby tylko zobaczyć, w jaki sposób gra się na takich stawkach. Teraz mamy to na co dzień. Niestety wszystko w nadmiarze po jakimś czasie powszednieje.

Ogromna liczba transmisji z eventów High Roller sprawiła, że buy-in w wysokości kilkudziesięciu tysięcy dolarów nie powoduje u mnie szybszego bicia serca i automatycznej rezerwacji czasu na oglądanie w moim osobistym kalendarzu. Mamy do czynienia z „denominacją” wpisowego w oczach pokerowego widza. Prawdopodobnie poczuję większą ekscytację dopiero przy majowym SHRB za 300.000$ i przy lipcowym The Big One for One Drop za 1.000.000$. Z chęcią obejrzę te eventy na PokerGO. Z drugiej strony to sam nie wiem, na co właściwie liczę. Panowie zostawią trochę więcej waluty w kasie, a gra będzie wyglądała tak samo.

The Big One for One Drop
The Big One for One Drop: Guy Laliberté i Antonio Esfandiari

Sami gracze sprawiają, że widzowie nie ekscytują się już tak bardo wielkością wpisowego. Większość pokerzystów gra w spółdzielniach, prawie każdy sprzedaje udziały. Po swobodzie, z jaką gracze sięgają do kieszeni po kolejne re-buy’e warte dziesiątki, a nawet setki tysięcy dolarów widać, że ich budżety są nieograniczone. Gdzie tu w takim razie miejsce na emocje w stylu: „No, teraz to gość musi wyłożyć kolejną stówkę papieru z własnej kieszeni. Wow!”. Nie ma tego zupełnie.

Ja już was gdzieś widziałem

W transmisjach na PokerGO zaczęło nudzić mnie coś jeszcze. Przy stołach widzimy – wybaczcie kolokwializm – ciągle te same ryje. Graczy, którzy może i grają najlepiej na świecie w pokera, ale ich oglądanie nie przynosi nikomu zbyt wiele rozrywki. Wiadomo, że pokerzyści nie są aktorami, a ich rolą nie jest zabawianie kogokolwiek, lecz przynajmniej w pokerowych programach line-up powinien być dobierany w ten sposób, żeby rozruszać trochę widzów.

Zdarza się, że pierwsze skrzypce przy stole grają amatorzy, którzy kradną show bardziej utytułowanym kolegom, co mi akurat bardzo się podoba (np. John Hesp widoczny na zdjęciu tytułowym). Widać w nich luz i wielką radość z gry. Na zawodowców ciężko w tym temacie liczyć. Najbardziej charyzmatycznym graczem wśród profesjonalistów nadal pozostaje Phil Hellmuth, którego ogląda się zarówno dlatego, żeby śledzić jego wygrane, ale też i porażki, bo wtedy robi się najciekawiej. Gracze pokroju Kevina Harta i Williama Kassoufa wybitnie działają mi na nerwy, mimo iż wprowadzają trochę ożywienia przy stoliku. Jednak nie o takie ożywienie mi chodzi, bo ich zachowanie po prostu męczy widzów oraz osoby biorące z nimi udział w grze.

Kevin Hart
Kevin Hart

Monster Series - 29 kwietnia - 6 maja, 2.700.000$ Gtd

Na początku swojej przygody z pokerem oglądałem transmisje w nadziei, że będę w stanie nauczyć się czegoś od dobrych graczy. Dziś materiały szkoleniowe zdobywam z innych źródeł, a od pokerowych programów oczekuję rozrywki. W moim mniemaniu to osobowości robią show, a nie np. wysokość stawek czy kaliber graczy. Może kiedyś tak było, ale tak już nie jest, skoro gry high stakes pokazuje się „każdego dnia”.

Jeśli producenci potrzebują trochę inspiracji, to zapraszam ich z kamerą na Poker Fever. W czasie nocnych alko-cashówek zawsze dzieje się coś śmiesznego, coś godnego uwagi, coś, co sprawia, że z przyjemnością się takie wydarzenie ogląda. Tam dopiero ludzie się dobrze bawią, i to zarówno uczestnicy gry, jak i widzowie. Wysokość stawek nie gra tutaj żadnej roli. Mówię Wam.

Dołącz do najlepszych na PartyPoker!

CZYTAJ TEŻ: Chiny zakażą aplikacji pokerowych!

Dołącz do najlepszych na PartyPoker - Marcel Luske!

Pasjonat pokera. Niestety do samej gry chyba nieuzdolniony (chociaż kiedyś szipnął The Hot 0,55 na ponad 7 tys. osób). Gdyby było inaczej, nie kisiłby się na mikrostawkach od - ho, ho, ho - lub jeszcze dłużej. Może to wina tego, że nie wie(dział), co to jest bankroll management. Uwielbia wszystko, co związane jest z lotnictwem oraz lubi czytać książki. Kocha ludzi i zawsze stara się w nich widzieć pozytywne strony.