C-bet, czyli zagranie kontynuacyjne, to obowiązkowa broń w arsenale każdego pokerzysty. Nie ma dyskusji – zagrywać kontynuacyjnie należy. Kwestia w tym, jak często i z jakimi kartami to robimy. I podstawowa rzecz – ważne, żeby w ogóle wiedzieć, po co to robimy.

W części pierwszej materiału autorstwa Miikki Anttonena cofnęliśmy się do dawnych czasów lat 2008-2011. Wtedy receptą na sukces w grach turniejowych było zagrywanie c-betów niemal w 100% przypadków. Dopiero po jakimś czasie atakowani w ten sposób rywale zorientowali się, że warto odpowiedzieć agresją. W skrócie – jeżeli c-betujemy wiedząc, że rywal trafi flopa w 33% przypadków, a w pozostałych odpuści – tak samo atakowany przeciwnik wreszcie sobie uświadomił, że my także trafimy flopa raz na trzy przypadki, a w pozostałych sytuacjach w najlepszym razie semi-blefujemy.

Aż nadszedł rok 2013…

Co takiego wydarzyło się w roku 2013? Wtedy gracze, zanim zdecydowali się na wykonanie zagrania kontynuacyjnego, zaczęli patrzeć na to, co spadło na flopie. Być może c-bet z na boardzie to nie taki świetny pomysł?

Populacja over-c-betujących zaczęła nieco selekcjonować boardy. Odpuszczając na gorszych flopach i zwracając większą uwagę na tendencje swoich rywali. Rywale za to zaczęli nieco mocniej się odgryzać, atakując pule, w których zagranie kontynuacyjne zdecydowanie wyglądało na over-bluff. Żadna z tych strategii nie była wyrafinowana, ale czasy powoli się zmieniały. Mimo tego, gracze c-betujący prawie każda rękę nie byli jeszcze gotowi. Nadszedł więc czas na kolejną rewolucję w kwestii zagrań kontynuacyjnych.

Kiedy stał się jasne, że wypalanie c-betu za połowę puli bez względu na to, jak wygląda board jest tylko strata pieniędzy, do głosu zaczął dochodzić zdrowy rozsądek. Okazało się, że można c-betować niżej, za ok 33% puli. Zagrania kontynuacyjne w małej wysokości pozostały popularne do dzisiaj i jest to całkiem rozsądna strategia.

Mały może więcej?

Jedną z największych zalet takiego grania jest to, że c-bet za 33% puli musi zadziałać tylko w 25% przypadków, żeby przyniósł zysk. Aby uniemożliwić wykorzystywanie nas przez takie c-bety, musielibyśmy bronić się z częstotliwością 75% a tylko w 33% trafiać parę na flopie.

Geniusz kryjący się za niskimi c-betami polega na tym, że takie zagranie nie ma na celu zmuszenie do foldu dwóch over kart, A-high czy gutshotów. Zamiast tego wymuszamy u rywala fold małej części jego zakresu, z którą całkowicie minął się z flopem. A ponieważ to musi zadziałać tylko przez mały procent czasu, to chyba nieźle?

Jak się można było spodziewać, gracze ponownie zaczęli nadrabiać zaległości

Chodzi o to, że blef w postaci check-raise jest bardzo tani, gdy wysokość c-betu jest mała. Przy turniejowych stackach na poziomie 300BB, wciąż możemy zmusić rywali albo do zaangażowania w pulę, albo do foldu, nie ryzykując więcej niż kilka big blindów. Ponownie przyjrzyjmy się naszemu rozdaniu z części pierwszej:

Turniej. Stacki 30BB.

Hero siedzi na big blindzie i dostaje dwie karty.
Button podbija (szacunkowy zakres to ok. 50% wszystkich kombinacji) do 3BB. Small blind folduje. Hero sprawdza.

Flop (6BB):
Hero czeka. BTN betuje za 3BB. Hero przebija do 6BB.

Ten check-raise musi zadziałać tylko w 43% przypadków, aby zagranie było zyskowne (ryzykujemy 6BB aby wygrać 8BB). Button trafi top parę czy coś lepszego w mniej niż 20% przypadków. Oczywiście, ciągle może mieć wszelkiego rodzaju drawy, których nie sfolduje. Ale bardzo często będzie zmuszony do zrzucenia kart ze swoim zakresem, którego co najmniej połowa to kompletne śmieci.

Wszyscy przeciw wszystkim

W połowie dekady zarówno tendencje do c-betowania jak check-raisowania widać było dosłownie wszędzie. Każdy chciał wykorzystywać każdego, a turnieje stały się grą wyzyskiwaczy przeciwko wyzyskiwanym. Gracze mocno trzymali się także tych rozdań, w których mieli w kartach naprawdę niewiele. Niczym szczególnym nie był 3-bet allin z niczym przeciwko zagraniu check-raise przeciwnika…

Wróćmy do naszego rozdania. Co nasz chcek-raise reprezentuje na tym boardzie? Losowe dwie pary, takie jak 83 i T3, nie mieszczą się w naszym zakresie preflop, natomiast silne ręce jak TT, 88 czy T8 przez większości graczy byłyby raczej slow playowane.

Na tym boardzie bez większego zastanowienia można było zagrać 3-bet allin na przykład z A3. Bardzo często zakres check-raisu rywala będzie pełen niczego i jeżeli nawet sprawdzi, to zwykle mamy pięć outów. Nic wielkiego, prawda?

Ostatecznie populacja graczy turniejowych zmęczyła się graniem rozbuchanych pul z marnymi rękami, a wariancja stała się nie do zniesienia. Coś znowu musiało się zmienić. I tak się stało. Tym razem jednak pomogła teoria gier.

Ale o tym w części trzeciej.

baner Freeroll styczniowy