One Drop - Holz Sontheimer

Z dużej chmury, mały deszcz. Wiecie już, o czym chcę napisać? Niestety o czwartej edycji turnieju The Big One for One Drop, do którego wpisowe wynosi aż 1.000.000$.

Mogę sobie wyobrazić, że włodarze WSOP oraz właściciel fundacji One Drop, czyli Guy Laliberté, mieli prawo marzyć o tym, że powrót turnieju z największym wpisowym na festiwal okaże się dużym sukcesem. Nie mam na to żadnych dowodów, ale od początku czułem, że coś z tą edycją będzie nie tak. Może dlatego, że na Twitterze jakoś mało się o tym mówiło?

Era świetności The Big One for One Drop – Las Vegas

Pamiętam, gdy za „bańkę” grano po raz pierwszy. Był wówczas rok 2012. W mediach społecznościowych aż wrzało na temat astronomicznego wpisowego i potencjalnie niebotycznej wygranej. Każdy czekał na rozpoczęcie wydarzenia, które od momentu planów jego zorganizowania otrzymało rangę wydarzenia historycznego. Kto wpłacił zaliczkę, ćwierkał o tym w mediach, kto przyszedł z walizką z pieniędzmi lub z żetonami, robił sobie zdjęcie przy kasie. Niektórzy wrzucali do sieci materiały, w których składali modły do pokerowych bóstw i prosili łotrzyka, aby właśnie teraz zesłał im ten one drop – wróć! – one time! 48 pokerzystów pojawiło się na starcie. Zwyciężył Antonio Esfandiari, który zabrał do domu ponad 18.000.000$.

Antonio Esfandiari
Antonio Esfandiari

Przy drugiej edycji turnieju napięcie było już mniejsze, ale ciągle wyczuwalne. Tym razem na starcie pojawiły się 42 osoby, które w kasie zostawiły „bańkę”, a w zamian otrzymały bilecik wskazujący na numer stołu i numer miejsca w czasie uczty dla milionerów. Dan Colman triumfował, do koszyczka włożył 15 milionów bankotów z wizerunkiem George’a Washingtona, a – i co dla mnie najsmutniejsze – wraz z ostatnią kartą na riverze skończyła się era świetności The Big One for Drop. Wtedy jeszcze tego nie widzieliśmy.

The Big One for One Drop skończył się w Monte Carlo

Nikt nie wie, co działoby się z edycją z 2016 roku, gdyby nie wprowadzono rewolucyjnych zmian w formule rozgrywania turnieju. Odnoszę jednak wrażenie, że zmiany wprowadzono zbyt pochopnie. Między pierwszą a drugą odsłoną różnica wynosiła zaledwie sześć osób. Myślę, że to mogło po prostu być zwykłe odchylenie standardowe, bo właściwie nic nie zapowiadało tego, że z całym formatem dzieje się coś niepokojącego.

Guy Laliberté zauważył jednak coś, co skłoniło go przeniesienia turnieju do Europy.  Aby wziąć udział w trzeciej edycji trzeba było otrzymać zaproszenie od organizatora – jego cyrk, jego małpy, ale chyba ta zmiana nie wyszła turniejowi na dobre. Laliberté swoją decyzję tłumaczył tym, że bogaci biznesmeni, dla których wyłożenie „bańki” na stół nie stanowi większego problemu, nie chcą siadać do gry, w której występuje tak niekorzystny dla nich stosunek regów do amatorów. Stać ich na stratę miliona euro, ale nie oznacza to, że chcą oni się czuć całkowicie zdeklasowani. Argument można uznać za słuszny i jak mniemam bogaci dżentelmeni przed turniejem powiadomili o swoich obawach organizatora imprezy, a być może zagrozili wycofaniem się z gry, jeśli każdy pros będzie mógł dosiąść się do stołu. W moim mniemaniu Kanadyjczyk błędnie założył, że amatorzy, którym towarzyszyć będzie znacznie mniejsza liczba graczy z absolutnego światowego topu, udźwigną całą imprezę.

Guy Laliberté
Guy Laliberté

Tak się niestety nie stało. W turnieju wystartowało zaledwie 28 osób, a jego zwycięzcą został Elton Tsang, który zainkasował ponad 11.000.000€.

Wracamy do Las Vegas

Wydawało się, że wszystko jest jasne. Monte Carlo, mimo tego, iż jest to bardzo prestiżowa i luksusowa lokalizacja, to jednak nie jest Las Vegas. Platynowa bransoletka, mimo tego, iż jest pewnie znacznie droższa od tej oficjalnej, złotej ze WSOP, oprócz wartości czysto jubilerskiej, nie ma żadnej wartości dodanej. Jakie zaproszenia – kto wymyślił zaproszenia? Odkręcamy nietrafione pomysły, wracamy do Las Vegas i na dobry tor.

I tu stało się coś, czego się nikt nie spodziewał – event osiągnął najgorszy wynik frekwencyjny w historii.

Patrząc w próżni, super, udało się zebrać 27 gości, którzy wyłożyli 1.000.000$ na to, aby zagrać w pokerowym turnieju. Uiszczenie tak wysokiego wpisowego to przecież czyste szaleństwo, jeśli pomyśleć, że przygoda np. takiego Rainera Kempe trwała zaledwie kilkadziesiąt minut. Wszyscy też dobrze wiemy, że przy niesprzyjających okolicznościach zabawa może skończyć się bardzo szybko, nawet w pierwszym rozdaniu. Dobrze, że kilkadziesiąt osób jest w stanie podjąć takie ryzyko. Dobrze, że znów ponad 3.000.000$ trafi do osób, które potrzebują dostępu do wody pitnej. Osobiście jednak uważam, że czwarta edycja turnieju jest ostatecznie porażką.

Rainer Kemoe
Nie tym razem…

Na One Drop nie przyjechało wiele znanych nazwisk, m.in. Phil Hellmuth, Patrik Antonius, Viktor BlomLeon Tsoukernik. Są to osoby, które wcześniej zapowiadały, że przystąpią do tego turnieju. Fedor Holz twierdzi, że na słabą frekwencję przełożyła się „zła lokalizacja oraz brak komunikacji z graczami”. Ciekawa teza, ale co ma powiedzieć gracz, który stoi na czele niemieckiego „Społem”…

Efekt niemieckiej spółdzielni

Mam swoją „spiskową teorię” odnośnie niskiej frekwencji w One Dropie. I gdybym miał stawiać jakąś hipotezę, która mogłaby wyjaśniać powody takiego stanu rzeczy, to stałbym na stanowisku, że event The Big One for One Drop zabił „efekt niemieckiej spółdzielni”. Czysta spekulacja.

Czy ktoś gra w tym turnieju za swoje pieniądze? Może jakieś jednostki. Nie wiem. Wpisowe do tego eventu jest tak duże, że udziały się sprzedaje, udziały się wymienia. Robi się to na każdym Super High Rollerze, ale mimo wszystko w tym przypadku wysoce odczuwalna jest różnica wagi między SHRB za 300.000$ a eventem za 1.000.000$ (jakaś trzykrotna różnica, a do tego z małym „groszkiem”).

Fedor Holz
Fedor Holz

Jako osoba, która nie należy do „niemieckiej spółdzielni” – to tylko przykład, bo inni gracze mogą pozostawać również w różnorodnych zależnościach finansowych – to nie wiedziałbym, czy gram przeciw jednemu przeciwnikowi, a może przeciwko grupie przeciwników? Nigdy nie miałbym pewności, że dynamika jest taka, jaka mi się wydaje, że jest. Jeśli turniej wszedłby w późną fazę, a w grze pozostawaliby gracze, którzy „od stóp do głów” powymieniali się udziałami itp., to ktoś będąc poza układem, jakie ma szanse na końcowy sukces? Ja już nie mówię o jawnej zmowie, ale o chęci potraktowania ulgowo kogoś innego, z kim jestem w tym konkretnym turnieju powiązany finansowo. Skończyłoby się jak w przypadku Kristen Bicknell i Alexa Foxena, którzy zaproponowali trzeciemu graczowi deal w fazie 3-handed, ale po jego odmowie… nie mówię, że go oszukali, ale siłą rzeczy – są parą w życiu prywatnym – nie chcieli siebie nawzajem skrzywdzić i zajęli dwa pierwsze miejsca.

Gracze, którzy obracają się w środowisku gier Super High Roller, więcej wiedzą na temat relacji pomiędzy stałymi bywalcami tych eventów. Coś mi się wydaje, że wielu chętnych mogło zrezygnować z powodu tego, że układ sił od samego początku mógłby być zaburzony. Oczywiście to tylko moje gdybanie, ale tak właśnie sądzę.

Wielkie wyzwanie przed społecznością pokerową

Jeśli nawet nie mam racji w tym przypadku, to nie da się ukryć, że problem niejawnych powiązań finansowych między graczami istnieje i znikąd nie widać recepty na jego rozsądne rozwiązanie. W głównej mierze sprawa dotyczy graczy, którzy występują w turniejach z wysokim i z bardzo wysokim wpisowym, gdyż to środowisko jest bardzo hermetyczne. Spółdzielnie, kartele, zwał jak zwał, bezsprzecznie mogą doprowadzić do sytuacji, w której będą miały, i tutaj właśnie nie chcę użyć słowa „nieuczciwą”, ale jednak znaczącą przewagę nad rywalami spoza układu.

Problem jest istotny i wydaje mi się, że coraz pilniej trzeba znaleźć jego rozwiązanie. Mówił o tym ostatnio Doug Polk, którego film wkleiłem powyżej. Obszernie pisał o tym Cardplayer. Potrzebny jest jakiś napoleoński plan, bo na to, że gracze sami z siebie złożą prawdziwe „zeznania” o stanie powiązań finansowych między sobą, niestety nie możemy liczyć.

monster series lipiec 2018 PartyPoker