Zapraszam Was na podsumowanie wieczoru z kartami i z kabanosami, który spędziłem w Go4Games Casino w Ołomuńcu. 

Jeśli nie czytaliście mojego wcześniejszego wpisu, w którym pisałem o swoich wyjazdowych planach, zachęcam do nadrobienia zaległości i dopiero potem do zagłębienia się w podsumowanie wyjazdu. Zaczynajmy.

Autobus miałem o godz. 06:00 rano. Oznaczało to mniej więcej tyle, że musiałem wstać najpóźniej o godz. 05:00. Biorąc przykład z PRL-owskiego klasyka, śniadanie zjadłem na kolację, tak więc po przebudzeniu zająłem się poranną toaletą, a że miałem jeszcze chwilkę czasu, to sobie obiad zjadłem. Było to dość istotne, a to z tego względu, że w COVID-owej rzeczywistości zjedzenie czegoś w kasynie graniczy z cudem. Jednak tym razem poprzeczka została zawieszona jeszcze wyżej niż zwykle, bo wcześniej zjedzenie czegoś dobrego było misją z gatunku impossible, teraz już zjedzenie czegokolwiek jest prawie niemożliwe.

Hmm… Na wizytę w restauracji Entre mnie nie stać. Macak zbańczył przez wirusa. Racz się, waćpan, panini šunka-sýr. Sytuacja niewesoła, dlatego plecak wypakowałem kabanosami, dorzuciłem jeszcze chińską zupkę. Trochę mnie tu znają, to myślę, że w razie Niemca czy Ruskiego to jakiś wrzątek uda mi się wyżebrać. Głodem mnie nie wezmą. Zresztą pewnie i tak jadę tylko na jeden wieczór. Swoją drogą to myślałem, że skisnę ze śmiechu, jak włoski Czech Luigi do stołu zamówił panini, a chwilę potem najdroższy alkohol z karty, czyli rum Zacapa. Kuchnia fusion pełną gębą.

Żakiem Express do Warszawy. Romantyczne śniadanie w Costa Caffe. Flix Busem do Ołomuńca… 16:45, co do minuty jak w rozkładzie, wysiadam z zielonego autobusu na ołomunieckim dworcu. Pora taka obiadowa, do rozpoczęcia turnieju jeszcze ponad godzina, to sobie kolację zjem. Wpadam do kasyna i załapuję się na ostatnie kilka kawałków mięsiwa, które serwowano z sosem o smaku bliżej nieokreślonym. Kartą płacić nie można. Masz ci los. Na szczęście z opresji wyratował mnie Jawor, który udzielił mi krótkoterminowej, bezodsetkowej pożyczki w wysokości 80 kc. Nigdy nie schudnę bardziej niż On, będę dobrym kolegą.

06:00 – Białystok

Siadam do gry. Widzę, że rozdaje „Suchocka”, która w Go4Games raz występuje w roli krupierki, innym razem jako floorwoman. Kilka razy na czwartkowych Starterach, jedynych poważniejszych turniejach Feverowych, w których miałem okazję brać udział, już mi rozdawała. „Pechozol” nie z tej ziemi. Myślę sobie – to będzie szybka przygoda. Tylko co ja będę robił do godz. 00:45? O dziwo wygrywam pierwsze rozdanie. W drugim podwajam się z fullem trójek na tripsa dziesiątek. Błąd w matrixie. Wielbłąd. Jestem liderem turnieju, jestem spełniony. Papacek pewnie jeszcze nawet nie wstał na poranną sesję przy automatach, a ja mam już 60.000 w stacku.

Potem nie było już tak kolorowo. Wiele poziomów z rzędu utrzymywałem stack między 40K a 60K. W ostatnim rozdaniu przed przerwą starłem się z lokalnym przeciwnikiem, który był po prostu tragiczny. Miałem na niego reada: inaczej zachowywał się, jak miał grubo, a inaczej, jak blefował (ten drugi scenariusz potwierdziłem sobie dwukrotnie na showdownie). Akcję rozpoczęła Aneta, ja zagrałem 3-bet, a gość, który rzadko korzystał z opcji fold, oczywiście sprawdził (bez pozycji). Aneta sfoldowała. Wiedziałem, że będzie donk-bet, więc nie mogłem się odkleić od jakiegokolwiek kontaktu z boardem. Miałem parę i easy call. Na turnie poszła druga beczka. Na normalnego grajka bym zrzucił, ale gość znowu zachowywał się jak wtedy, gdy blefował. Call. River paskudny, bo uzupełnił draw do koloru z flopa. Duży bet rywala. Niestety jego zachowanie zmieniło się. Przestał zachowywać się zgodnie ze wzorem na blefowanie, a zaczął jak wtedy, gdy pokazał silny układ. Z wielkim żalem, ale sfoldowałem. Na przerwie twierdził, że trafił ten kolor. Myślę, że nie kłamał. W każdym razie jego ciało, którego reakcjom bardziej wierzyłem, niż wszystkiemu temu, co mogłoby wyjść z jego ust, tylko potwierdzało tę tezę.

16:45 – Ołomuniec

Oddałem kilkanaście tysięcy. Spadłem na stack początkowy i właściwie nigdy już nie odzyskałem wcześniejszego wigoru. Zacząłem miotać się w rejonach, w których mam największe turniejowe leaki, czyli między 20 BB a 40 BB. Wydaje mi się, że może grałem zbyt pasywnie. W pewnym momencie od tego foldowania to nawet zaczęło mi się nudzić. Na szczęście obok siedziała Aneta, którą miałem przyjemność w końcu (na relacji nigdy nie ma kiedy) odrobinę poznać i miło nam się – przynajmniej tak to wyglądało z mojej strony – rozmawiało.

Odpadłem po własnym błędzie. Zabrakło mi cierpliwości, bo dostawałem od dłuższego czasu totalny szrot, a i trzeba było wyjaśnić się przed ostatnim autobusem, tak więc gdy zobaczyłem parę 44, to po limpie Ondreja Lona z UTG, załadowałem ją do pieca. Szybki call z KK. Good game. Moje zagranie tragiczne – żadna słabsza para mnie nie sprawdzi, miałem tam ok. 15 BB, tak więc myślę, że brały mnie tam 77+ i jakieś KQs+, AJ+. Grzegorz, który jest na każdym Feverze (lub prawie każdym), w trakcie, gdy dokonywała się moja „wyjebka”, zdążył mi tylko powiedzieć, że Ondrej zawsze tam jest mocny. Swoją drogą to ciekawe, bo ja Czecha zawsze miałem za gracza może nie aggro, ale ponadprzeciętnie aktywnego. Jak widać, z reporterskiego siedzenia nie wszystko można dostrzec wystarczająco dokładnie.

Był 10. poziom blindów. Ostatni moment na późną rejestrację. Przekalkulowałem sobie wszystko i zdecydowałem, że nie będę korzystał z re-entry. Poranna turbina mnie nie interesowała, tak więc w końcu przyszedł czas na kabanosy, które w ramach śniadania pochłonąłem, i już mogłem odmaszerować na stanowisko nr 3 pobliskiego dworca.

00:55 – Ołomuniec

Założenie było takie, że jak znowu podróż będzie przebiegała zgodnie z rozkładem jazdy, to będę miał całe 6 minut na przesiadkę na pociąg w Warszawie, dzięki temu dotrę dwie godziny wcześniej w domu. Gdy byliśmy już w Polsce, ze snu wybudził mnie komunikat kierowcy, który kazał przesiąść się do innego autokaru, który zaraz przyjedzie. Staliśmy na jakieś stacji benzynowej. W sumie nie wiedziałem, czy to planowa zmiana czy nie, ale z tego, co zrozumiałem, my wsiedliśmy do autobusu, który z Warszawy jechał do Wiednia, a oni wsiedli w nasz, relacji Wiedeń – Warszawa. Nie zdążyłem się nawet wkurzyć tym, że pewnie mi pociąg ucieknie – czasu i tak było mało na przesiadkę – gdy znowu obudził mnie głos kierowcy, który zakomunikował, że dojechaliśmy do Warszawy Zachodniej. Sprawdzam godzinę: 07:18, czyli 8 minut do odjazdu. Mam całe 3 minuty na „przeklikanie się” przez system rezerwacji i kupienie biletu, i pięć kolejnych na sprint na piąty peron. Jak się okazuje, tylko marnuję czas, bo na niedzielny poranek mBank zaplanował sobie jakąś przerwę techniczną i żadne Bliki i żadne karty nie przechodzą. Nie poddaję się – mam jeszcze kilka minut. Biegnij Forest!

Wbiegam na peron. O, jest konduktor.

– Poproszę bilet do Białegostoku.

– Ale musi pan wiedzieć, że za wypisanie będzie opłata 130 zł.

– Bilet kosztuje 30 zł, a wypisze mi pan go za 130 zł? Dobrze rozumiem?

– Tak.

Zagotowała się we mnie krew, ale na szczęście ugryzłem się w język. Wiem, że to nie wina chłopa tylko systemu. Spuściłem ryj i obrałem już nawet azymut na stacyjnego Mc Donalds’a. Skoro i tak posiedzę tu kilka godzin, to chociaż Mc Flurry sobie zjem, rzecz jasna na obiad.

Musiałem wyglądać na mocno pokrzywdzonego przez los, bo po kilku krokach usłyszałem.

– Ej, kolego.

K… myślę sobie, że dobrze jest, bo przeszedł z per pan na per osobiście.

– Wsiadaj, bo odjeżdżamy. Na Centralnym stoimy pół godziny, to sobie kupisz bilet w okienku. Tylko nie znam cię, jakby była wewnętrzna kontrola.

– Zbawiciel, normalny zbawiciel.

Gdzie kontrola w trakcie maksymalnie 5-minutowego przejazdu, pomyślałem sobie. Dojechałem. Kupiłem. Czasu było jeszcze tyle, że sobie do PAULA na pyszne śniadanko i kawę wszedłem. Przespałem całą drogę i chwilę po godz. 10:00 zajechałem na dworzec w Białymstoku.

10:25 – Białystok

Pierwsze śliwki-robaczywki

Październikowy Fever odpuszczam. Na listopadowy mam już jedną wejściówkę wygraną, tak więc jak nie zamkną się Czechy, to przyjeżdżam – pytanie tylko czy znów na jeden wieczór… Wierzę, że do tego czasu:

  1. wygram jeszcze 1-2 bilety online;
  2. podszkolę się z gry od shorta do 60 BB.

O swoich przemyśleniach dotyczących spraw stricte pokerowych, które wyszły w trakcie mojej gry, opowiem Wam w osobnym artykule. Myślę, że może to być ciekawa lektura. Zapraszam do czytania już jutro.

Ecopayz banner baner MasterCard

Pasjonat pokera, który chciałby, żeby gra stała się ważniejszą częścią jego życia. Wybrał się w drogę z NL2 do NL100. Czy kiedyś zrealizuje swój cel?