Victor Ramdin to pokerzysta, który urodził się na małej wyspie, koło Gujany. Trudny start nie przeszkodził mu jednak i teraz gracz ten z dumą nosi naszywkę Teamu PokerStars Pro. Zanim jednak udało mu się zdobyć tę zaszczytną pozycję, pracował jako taksówkarz i dozorca w kostnicy.

W wieku 21 lat Victor przybył do Stanów z dwoma marzeniami. Chciał odnieść sukces i po jego osiągnięciu pomóc tym, którzy zostali w rodzimej Gujanie.

W roku 2006 Ramdin wygrał Main Event World Poker Tour (WPT) w Foxwoods. Zarobił wtedy 1,3 miliona dolarów i założył organizację charytatywną Guyana Watch, która zajmuje się operacjami na sercach u najmłodszych mieszkańców jego rodzinnych stron. Do tej pory uratowała ono niejedno życie.

– Czy duże wygrane zmieniły coś w Twoim życiu? Czy nadal jesteś wdzięczny za to, co masz czy przyzwyczaiłeś się już do tego?

– Tak. Nauczyłem się wartości pieniędzy i wielu rzeczy bardzo szybko. Pamiętam jak byłem mały i nie widziałem tablicy w szkole, przez wadę wzroku. Potrzebowałem okularów, ale moich rodziców nie było na nie stać. Wtedy własnie przypłynął pewien statek z Ameryki i ktoś podarował mi szkła, które były dla mnie i wiele za duże. Zasłaniały mi pół twarzy, ale widziałem, co było napisane w szkole na tablicy i byłem bardzo zadowolony. Do dzisiaj mam więc wielki szacunek dla tego, co jest nam dane od losu.

Jestem bardzo zadowolony ze swojego życia. Niektórzy mają miliony i martwią się rysą na samochodzie. Inni nie mają co jeść. Ja naprawdę nie mogę na nic narzekać.

Czasem widzę ludzi siedzących z pochmurnymi twarzami przy pokerowym stole. Ja nie chcę tak wyglądać. Postanowiłem nauczyć się uśmiechać i śmiać. Warto rozdawać bowiem pozytywną energię. Sam non stop rozmawiam z dealerami. Większość z nich nigdy nie była na przykład w Gujanie. Moje opowieści zazwyczaj są dla nich ciekawe, a ja lubię słuchać tego, co oni mają do powiedzenia. Gra mi się wtedy lepiej.

– Czym zajmujesz się wtedy, kiedy nie grasz w pokera?

– Mam włoską restaurację o nazwie Sughetto. Po włosku to znaczy „sos”. Kucharz, który tam ze mną pracuje poznał mnie przy pokerowym stole. Może pewnego dnia będę miał z tego miejsca przyzwoite zyski. Próbowałem w życiu wielu rzeczy, ale co do tego biznesu mam dobre przeczucia. Sporo ludzi na Bronksie lubi pizzę. Chcemy zaoferować im coś więcej niż typową pizzę z budki na rogu.

– Jak oceniasz sytuację na rynku pokera u siebie, w Stanach?

– PokerStars oferuje bardzo dobre gry w New Jersey. Mam nadzieję, że inne stany także otworzą się na gry online. Gdyby jeszcze kilka podjęło taką decyzję, pozostałe poszłyby za tym przykładem bardzo szybko.

– Jak podoba Ci się idea nowego turnieju PS – Players Championship?

– Zamierzam w nim zagrać w przyszłym roku i cieszę się, że zdecydowali się na organizację tak dużego eventu. Wielu graczy narzeka, choćby nie wiem im zaoferowano. Ja jestem jednak wdzięczny za to, że mogę grać i to jest z pewnością jedno z tych wydarzeń, na które pojadę.

Uwielbiam przylatywać na Bahamy w środku zimy. To tylko kilka godzin lotu i nawet jak przegrywam, to mam dobry humor. Jedzenie jest drogie, ale gdy gramy w turniejach z wpisowym 5 czy 10 tysięcy dolarów, to chyba nie jest jednak źle. Poza tym pogoda jest fantastyczna i zawsze można pójść na plaże i świeci tam słońce. Czego więcej można chcieć od życia?

baner Maksymalny rakeback na PartyPoker!

ŹRÓDŁOCalvin Ayre
UDOSTĘPNIJ
Nauczyciel, tłumacz, dziennikarz, mąż, świeżo upieczony ojciec i amator pokera. W wolnej chwili lubię powędrować korytarzami tworzonymi w wyobraźni Stephena Kinga. Nie pogardzę także dobrą grą jeśli dać mi jakiegoś pada w ręce. Muzycznie zatrzymany w latach 90-tych.