Pamiętacie, co pisałem w ostatnim odcinku na temat kibicowania? No to dzisiaj będzie o kibicowaniu. Moim kibicowaniu. Bo kibicem byłem niemal od urodzenia i dopiero później mi przeszło. Czas odmierzałem od mundialu do mundialu.

Nie ma w tym żadnej przesady – dzisiaj, jak próbuję sobie przypomnieć coś sprzed wielu lat, to chronologię dawnych wydarzeń ustalam posiłkując się terminami Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Jeżeli potrzebuję większej niż czteroletnia dokładności, dokładam Mistrzostwa Europy.

Pierwszą imprezą sportową, jaką pamiętam, był mundial w roku 1982 odbywający się w Hiszpanii. Do dzisiaj mam podkoszulek z epoki z napisem España’ 82. Co pamiętam z tego mundialu? Miałem 5 lat, to pamiętam niewiele. Przede wszystkim ojca, który podrzucał mnie do góry przed telewizorem, jak Boniek strzelał Belgom trzy gole. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałem nazwisko Lato. I to w zasadzie wszystko. No i może jeszcze radosne zamieszki w Algierii (akurat mieszkaliśmy wtedy w Algierii), po wygraniu miejscowej drużyny z zespołem RFN dwa do jednego. Algieria z grupy nie wyszła, ale co wpieprzyli Niemcom, to ich. Nasi zakończyli imprezę na miejscu trzecim i od tamtej pory było już tylko gorzej.

Kolejną ważną datą w moim życiu był rok 1986 i mundial w Meksyku. Jako dziewięciolatek byłem przekonany, że najlepszym piłkarzem na świecie jest Diego Armando Maradona, i do dzisiaj twierdzę, że po Maradonie już w futbolu nic równie ciekawego się nie pojawiło. To właśnie na mundialu w Meksyku w meczu z Anglikami Maradona strzelił najpierw najbrzydszą, a potem najładniejszą bramkę w historii futbolu. Cały mecz miał tak zwane drugie dno polityczne, bo w kwietniu owego roku Anglicy wybrali się stateczkami, żeby bronić swoich praw do kilku marnych wysepek leżących u wybrzeży Argentyny, co świat nazwał Wojną o Falklandy. Taka wojna, jakie wyspy. Na morzu wygrali Angole, na boisku Argentyńczycy.

Finał tamtego mundialu oglądałem na wsi, na czarno-białym telewizorze. Naturalnie wygrała Argentyna, pokonując drużynę RFN trzy do dwóch. Jakoś kompletnie umknął mi gówniany występ biało-czerwonych pod wodzą Antoniego Piechniczka, którzy w 1/8 dostali od Brazylii łomot cztery do zera.

W roku 1990 mundial odbył się we Włoszech. Wtedy również moja własna kariera piłkarska nabierała rumieńców – dostałem się do pierwszego składu w moim roczniku w klubie Gwardia Warszawa. Skład finału tego mundialu był taki sam, jak cztery lata wcześniej. Niestety Argentyna nie obroniła tytułu, przegrywając jeden do zera z Niemcami. Nie powiem, żebym wtedy płakał, ale to był chyba ten dzień, w którym po raz pierwszy spróbowałem alkoholu.

Przyznać się muszę ze wstydem, że w międzyczasie był rok 1988 i mistrzostwa Europy rozgrywane w Niemczech. Wtedy na podwórku byłem Lotharem Matthäusem. Trójka pomarańczowych pajaców (van Basten, Gullit i Rijkaard) nie robiła na mnie wrażenia i gdy ostatecznie Holandia ograła w finale zespół ze Związku Radzieckiego dwa do jaja, miałem to gdzieś. Wtedy jeszcze rozpamiętywałem porażkę „moich” Niemców w półfinale. Oczywiście baty zebrali od Holendrów. A Związek Radziecki po tej porażce z Holendrami już się miał nigdy nie pozbierać…

A potem przyszedł rok 1992. Z tamtej imprezy pamiętam tylko Duńczyków, którzy na imprezę dostali się psim swędem (po dyskwalifikacji drużyny Jugosławii w związku z toczącą się wtedy na Bałkanach wojną) i ostatecznie ją wygrali. Ja zaś tego roku mając lat piętnaście, po raz pierwszy wyjechałem bez rodziców za granicę, po raz pierwszy ogoliłem łeb na łyso, zapaliłem pierwszego papierosa i jeszcze po raz pierwszy… nieważne. Ale do dzisiaj pamiętam, że było to w roku, w którym mistrzostwa Europy odbywały się w Szwecji.

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi. Do następnego razu.

baner maksymalny rakeback