Witajcie ponownie w mojej bajce, słoń zagra na fujarce. Jeżeli komuś się numeracja nie zgadza, spieszę wyjaśnić – poprzedni wpis został strącony do piekła, i tylko czytelnicy z największym refleksem mieli możliwość zapoznania się z tym tekstem. Dlaczego tak się stało? Domyślcie się.

No więc kolejny tydzień i masa kolejnych tematów. Cóż z tego, skoro większość z tych najciekawszych zahacza o kwestie, których w naszym portalu publicznie nie poruszamy. Zero polityki, zero religii, zero seksualnych orientacji, zero niezdrowej żywności. To o czym tu pisać, żeby nie napisać znowu o pokerze? O waleniu gruchy pisał już Doro, więc jako prekursorowi zostawiam mu ten temat na wsze czasy. Ha! O sporcie pisać można do woli.

Jak niektórzy z Was być może wiedzą (bo już ten temat kiedyś ruszyłem), do sportu mam stosunek ambiwalentny. Sport postrzegam dwojako – uprawiany własnoręcznie (albo własnonożnie, czy którymi tam kończynami sport uprawiamy) popieram. Sam kiedyś biegałem z powodzeniem na średnich dystansach i nawet w swoim roczniku reprezentowałem Milicyjny Klub Sportowy Gwardia Warszawa w piłkę kopaną. Sport, który jest pożywką dla niezdrowych emocji – uważam za dziedzinę pokrewną pornografii. Chodzi mi oczywiście o wszelkiego rodzaju kibicowstwo – czyli podniecanie się oglądaniem aktywności innych, ubranych tak jak my, ludzi.

Od razu muszę zaznaczyć – nie popieram, ale rozumiem. Ludzie lubią czuć, że są częścią większej grupy podobnych sobie. Albo poczuć się raźnie w grupie mieszkających w tej samej okolicy. Jak byłem mały, chłopaki z Puszczyka tłukli się z tymi z Wiolinowej. Sam nie raz dałem w ryja „obcemu” i zebrałem w ryj od „obcego”. Gorzej, kiedy te chłopaki nie mają zamiaru dorosnąć. I kilka lat później chłopaki z ulicy Kałuży biorą maczety i jadą uciąć ręce i nogi chłopakowi z ulicy Reymonta. Czy naprawdę ludzie nie mają ważniejszych rzeczy, niż jakieś klubowe barwy? Ze zgrozą muszę przyznać, że są tacy, co nie mają.

Festiwal soft porno właśnie dobiega końca. Zimowa olimpiada, na którą polski pies z kulawą nogą pewnie by nawet uwagi nie zwrócił, gdyby nie Stoch i reszta fruwających chudzielców. Nie oglądałem – sporty zimowe mam w głębokim poważaniu. Zima służy do picia wódki przy kominku, a nie do wystawianiu ciała na niepotrzebne mrozy. Ale to, że nie oglądałem, to nie znaczy, że mi się co nieco o oczy nie obiło. A obił mi się hokej.

Kobieca drużyna hokejowa z Kanady po raz pierwszy od czasu Wielkiego Wybuchu nie wygrała olimpijskiego złota. Jedna z zawodniczek tak się poczuła upokorzona srebrnym krążkiem, że chwilę po dekoracji ze złością go z szyi zdjęła. Oburzenie. Tłumaczenia. Pani hokeistka się kaja, związek hokejowy się kaja, królowa brytyjska, jakby umiała, to też by się kajała. A ja Wam mówię – rozumiem kobietę. Otóż okazało się, że sport gdzieniegdzie zachował swój drapieżny pierwiastek. Gramy o zwycięstwo, prędzej zdechniemy niż przegramy, „pierwszy sekretarz na trybunie, biało-czerwona na maszcie, no więc ściskamy poślady i golimy frajerów”, jak kiedyś zachęcał do boju swoich zawodników pewien legendarny trener. Kto kiedykolwiek uprawiał sport ten wie, że najgorsze nie jest wcale miejsce czwarte. Najgorsze jest miejsce drugie. I pieprzyć dobre maniery, polityczną poprawność i sportowego ducha po zawodach – wsadźcie sobie w dupę ten srebrny medal! A wam, jankeskie wywłoki, i tak skopiemy tyłki następnym razem!

Drugi obrazek. Olimpijczycy z Rosji, jak dowcipnie przedstawiają na tej olimpiadzie rosyjskich sportowców, wygrali w hokeja. W tyle zostawili Kanadyjczyków, Jankesów i innych wirtuozów tańca na lodzie z krzywą laską w dłoni. Medale złote dostali, a jakże. Pora na hymn. A tu z głośników leci jakaś z dupy muzyczka, ponoć hymn olimpijski. Bo Olimpijczycy z Rosji występują za karę (za cudze grzechy – pokłosie afery dopingowej z olimpiady w Soczi – hokeistów z koksem nie złapali…) pod flagą z pięcioma kolorowymi kółkami. I ci olimpijczycy sami sobie zaśpiewali hymn. Swój, rosyjski. Na cały głos. Rosyjska publiczność pomagała. I dobrze. Poprawność, hipokryzja i cały ten idiotyzm – no bo jak to, Rosji ma na olimpiadzie nie być, ale Rosjanie mogą startować? Chrzańcie się!

Pobieżny czytelnik może poczuć w moich wywodach pewną niekonsekwencję. No bo przecież piętnuję kibicowstwo, kibolstwo, oglądactwo i ciągłą wojenkę całej „naszości” z całą „waszością”. Ale sportową złość i dumę rozumiem i pochwalam. I dopóki sportowcy zachowają te przymioty, prawdziwy sport nie zginie. Bo na tym własnie sport polega. I tylko taki sport mnie interesuje – prędzej zdechnę, niż przegram – ale jak już wygram, to biorę wszystko!

Do następnego razu.

Czytaj również: Tabasco od Blasco – 021

Dołącz do najlepszych na PartyPoker - Dima Urbanovich!