No to wspólnymi siłami dobrnęliśmy do numeru trzynastego. Od trzynastu tygodni raczę Was płodami mojej wyobraźni, braku wyobraźni oraz doświadczenia. Dzisiaj odcinek z pechem w roli głównej. Trzynastka zobowiązuje. Żeby było jeszcze śmieszniej, dzisiaj mamy trzynastego września…

Blasco na Mikrostawkach

Wracam do zarzuconego ostatnio tematu pod tytułem: „Tłuczemy tysiąc dolarów na mikrostawkach”. Po kilku tygodniach odpoczynku, wczoraj wróciłem na stoliki, by w życie wprowadzić obmyśloną zawczasu, nową strategię.

Nowa strategia polegała po prostu na wskoczeniu na nieco wyższe stawki. I wiecie co? Okazało się, że tak, jak na mikro mikrusach traciłem tylko żetony, nerwy i wiarę w ludzkość, tak kilka pięter wyżej wszystko zaczynało mieć sens. Widocznie nie potrafię grać z idiotami. Spójrzcie tylko na kreski czerwoną i niebieską – ja po prostu wygrywam nie dochodząc do showdownu, jak na kozaka wysokich stawek przystało.

Oto mój wykres obejmujący nieco ponad 3k rąk. Te doły to najniższe limity, wędrówka w górę zaczyna się na stawkach wyższych.

Pierwszy odskok w górę rozpoczął się w okolicach ręki numer 2200, natomiast ręka 2527 to upragnione spotkanie pomarańczowej i zielonej kreski. Jak widzimy, goniłem wariancję stosunkowo długo. Kolejnym kamieniem milowym było przekroczenie poziomej kreski, co nastąpiło w okolicach ręki numer 2879. I dalej w górę przez kolejne 250 rozdań.

Pierwszy spadek i to od razu pod krechę poziomą to spotkanie KK z AA i cały mozolnie budowany stack poszedł wpizdu. Drugi widoczny spadek to przegrane damy na króle, tak jak w poprzednim wypadku – po olkach pre. Trzecia i ostatnia w sesji podróż w dół to już tiltowe wygłupy z jakimiś śmieciami. I tyle w tym odcinku.

Konkludując – najniższe mikrostawki, jeżeliby traktować je jako pole do zbierania jakichkolwiek sensownych plonów, to zabawa dla kosmitów bez rodziny. I ze stępionym układem nerwowym. Być może tacy są, ja nie znam. Po drugie – bankroll management. Pewnie się domyśliliście, że tę kwestię dokumentnie olałem. Gdybym nie olał, pewnie nie przejmowałbym się TRZEMA gównianymi rozdaniami, w których (właściwie we dwóch, trzecie to idiotyzm) posiłkując się wskazaniami z HUD-a, zagrałem tak, jak powinienem i dostałem po dupie. No ale cóż. Jak mawiał Jerry Springer – dbajcie o siebie i swoich bliskich!

Pech poważny i mniej poważny (chociaż może nie do końca)

W części niepokerowej dzisiaj coś nowego, zostawiamy Francję i wracamy na własne śmieci. Otóż pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zajmowałem się obsługą automatów, zwanych jednorękimi bandytami. Trwało to ze dwa lata, przygód uzbierało się sporo i o dwóch Wam tu opowiem. W roli głównej – pech.

Na początek poważnie. Zabawa z automatami polegała mniej więcej na tym, że wstawiało się taką maszynkę albo dwie tam, gdzie można było spotkać ludzi chętnych do wywalania kasy w błoto. Najczęściej były to bary czy stacje benzynowe. Co dwa tygodnie prujemy maszynę i dzielimy się kasą z właścicielem lokalu. Główna zasada w branży była taka, że im gorszy, bardziej zasyfiony i śmierdzący lokal, tym lepiej. Albo taki, w którym nikt by się automatu nie spodziewał. O dziwo, tak było zaiste. Bo na automatach nie grają bogaci – oni swoją kasę tracą w kasynach. Na automatach grają najbiedniejsi.

Historyjka numer jeden. Automat stał w sklepie z elektroniką w jednej z podwarszawskich miejscowości, powiedzmy w K. Właścicielami interesu było dwóch braci. Do dzisiaj nie wiem, jak się naprawdę nazywali, bo umowę podpisali jednym nazwiskiem, rozliczenia kwitowali za każdym razem jeszcze innym. No ale to nieistotne. Automat świetnie zarabiał, bo dochody swoich podopiecznych tirówek wtapiali w nim bułgarscy alfonsi. Sklep bowiem stał przy trasie Warszawa – Lublin.

Któregoś dnia przyjeżdżam rozliczać automat i spotykam tylko jednego brata i to w dosyć mizernym stanie. Co się stało? Drugiego brata znaleźli w polu, z poobcinanymi palcami. Zabity. Dlaczego? Podobno wzięli go za kogoś innego. Taki pech.

Historyjka druga. Inny automat postawiłem w strażackiej remizie, również pod Warszawą, powiedzmy w Ch. Jak to w remizie, do czynienia miałem wyłącznie z ochotniczymi strażakami. Bardzo fajne chłopaki, non stop nawalone, oprócz jednego dyżurującego, który ewentualnie będzie kierowcą czerwonego wozu.

I znowu, przyjeżdżam rozliczać maszynkę, a tu siedzą te pijane niedźwiedzie a humory u nich takie, że tylko przytulić i łzy otrzeć. Co tym razem? Otóż tydzień wcześniej, w Lany Poniedziałek, chłopaki wzięli wóz strażacki i dawaj polewać dziewki, oczywiście sikawką (czy jak to się tam fachowo zwie). Pech chciał, że jak już wysikali wszystko co mieli, w jednym z okolicznych gospodarstw zajęła się stodoła. No i ze stodoły został popiół, bo nie było czym gasić.

Jak pech, to pech.

Do następnego razu.

Cashback PartyPoker