Środa, znowu środa. Na szczęście w zeszły czwartek z rozpędu machnąłem większą, drugą część niniejszego wpisu, więc będzie luźno, bo bez spinki. Wszyscy gotowi? Można zaczynać? Zatem otwieram nasz program już!

Bez spinki

Nic specjalnie pokerowo się nie dzieje, żeby trzeba było to na gorąco skomentować. W każdym razie ja niczego takiego nie zauważyłem. Prosi sobie prosują i wygrywają kolejne tysiące, o czym czytacie w „szybkich piątkach”. Amatorzy, czyli gracze rekreacyjni, czyli fishe – fishują na zdrowie, od czasu do czasu coś tam wygrywając. I bardzo dobrze!

Teraz kilka złotych myśli. „W pokerze najlepsze jest to, że każdy myśli, że może w niego grać”, „poker jest tak dobry, jak seks, ale trwa dużo dłużej”. I ostatnia – „w długim okresie czasu gracz wygrywający będzie wygrywał”.

Właśnie. W długim okresie czasu. Czyli ile? 10 tysięcy rozdań? 100 tysięcy? Milion? Większość czytelników tego portalu to ludzie, którzy w pokera grają wtedy, kiedy znajdą kilka wolnych godzin, załatwiwszy wszystkie życiowe powinności. Po pracy, przed pracą, jak dzieci zasną, jak żona wyjedzie. Rozumiecie? Uświadommy sobie raz na zawsze – nie jesteśmy i nie będziemy zawodowymi pokerzystami! A jeżeli nie będziemy, to nie spinajmy się.

Poker to piękna gra, bo każdy może w niej, na równi z innymi, spróbować swoich umiejętności. Każdemu nawet może uda się czasami wygrać, bo dziwka wariancja sprawiedliwie rozdziela wstydliwe choroby wśród swoich klientów. Poker to najbardziej egalitarna gra na świecie. Cieszmy się tym.

Świadoma, podparta myśleniem gra w pokera, to również doskonały trening intelektualny. Tego nigdy dość. Tyle tylko, że traktujmy te treningi tak, jak poranne kilometrowe biegi. Coś dla zdrowia, ale medali olimpijskich z tego nie będzie. I bardzo dobrze. Bez spinki.

Jak wiecie, codziennie katuję Was, mniej lub bardziej głębokimi, artykułami o pokerowej strategii. Sam tego nie wymyślam, korzystam ze źródeł. I sam się podczas takiego pisania uczę. Ale żeby maksymalnie tę wiedzę wykorzystać, musiałbym niczego innego nie robić, tylko grać. Nie stać mnie na to, i nie chodzi tu wcale o kasę. Podejrzewam, że większości z Was również. Ale przynajmniej jak już zagramy, to zagramy nieco lepiej.

Osobiście uwielbiam od czasu do czasu spędzić kilka godzin, klepiąc jakiś duży turniej MTT. Kiedyś nawet dokonałem niemożliwego, wygrywając na Starsach 100k freerolla na ponad 22 tysiące uczestników. Zgarnąłem nieco ponad 200$ za chyba 6 godzin gry. Emocji co niemiara. I o to chodzi. Lubię też zoomy w PLO, najlepiej na stawkach PL50 lub PL100. Co z tego, że to ma się nijak do bankrolla? Nie żyję z tego, a bardzo mi akurat te limity w tę odmianę podchodzą, i wiele razy wychodziłem na mocny plus. Traktuję to jako rozrywkę! Co i Wam gorąco polecam.

Zawodowcami nie będziecie (może 10% z Was się to uda) ale to nie znaczy, że macie nie grać w pokera. Jeżeli tylko przez grę nie zaniedbujecie innych swoich życiowych powinności, grajcie na potęgę. No ale do tego to nikogo tu namawiać nie muszę.

Rue Saint Malo 153

W ostatnim wpisie opowiedziałem Wam co nieco o mojej autostopowej wycieczce do Francji. Rzecz działa się w roku 1995 czyli 22 lata temu. Ja miałem 18 lat i za dwa lata miałem zdawać maturę. Dlaczego dopiero za dwa lata? Otóż mamusia filmowego Adasia Niezgódki, niejaka pani Wronka ucząca mnie matematyki, postanowiła, że trzecią klasę liceum będę zaliczał ponownie. No i trudno.

Historię skończyłem na przygodzie z francuskimi policjantami w Paryżu. Ale Paryż to nie tylko policjanci. Paryż, ten prawdziwy Paryż, to także masa przeróżnych ludzi i ich pokręconych historii. I jeżeli spędza się wystarczająco wiele wieczorów w towarzystwie bezdomnych czy mieszkających na squotach rodaków, a także miejscowych nieszczęśników na życiowych zakrętach, człowiek napatrzy się i nasłucha takich historii, że Głowacki (świeć Panie nad jego duszą) niech się ze swoją Antygoną w Nowym Jorku schowa. No ale do Paryża wrócimy kiedy indziej – wspomniałem w poprzednim wpisie o Rennes.

Rennes to raczej senne, zwłaszcza w wakacje, akademickie miasto w Normandii (od Paryża w górę i w lewo na mapie). Do Rennes jechaliśmy dlatego, że możliwości „zarobkowania” w Paryżu robiły się coraz gorsze, konkurencja duża, a i Francuzi coraz mniej skorzy do płacenia za głupie mycie szyb. W Rennes natomiast miało być póki co jeszcze znośnie. Poza tym dostaliśmy namiary na jeden bardzo elegancki squot, którego zdjęcie tutaj zamieszczam. Jak widać, po tylu latach willa jeszcze stoi. I chyba wciąż nikt w niej na stałe nie mieszka. Adres – Rue Saint Malo 153.

No ale do Rennes trzeba jakoś dojechać. Oczywiście można się tłuc stopem, ale my postanowiliśmy wybrać wersję ekskluzywną. Pojedziemy TGV. Bilet na ten superszybki pociąg kosztował, zdaje się, jakieś 150 franków. No to pojedziemy na gapę. A nuż widelec, najwyżej nas spiszą. Z pociągu nie wywalą, bo ta supertopeda aż do Rennes się nie zatrzymuje. Jak się domyślacie, wsiedliśmy akurat do tego pociągu, do którego nie wsiadł konduktor sprawdzający bilety. Spokojnie i szybko dojechaliśmy na miejsce.

Dzięki poleceniu znajomego siostry (właściwie to siostry ciotecznej, czyli kuzynki), zostaliśmy wpuszczeni na squot. Squot, czyli niezamieszkały budynek, w którym jednak ktoś sobie mieszka. W tym przypadku – grupka przenajbardziej popierdolonych Polaków. Prąd do naszego „domu” szedł dyskretnie od pobliskiej latarni, więc było i na czym ugotować i przy czym poczytać. Ogólnie – bajkowo.

Z czego utrzymują się lokatorzy takiej rezydencji? O, to już zależy od inwencji, solidności nerwów i osobistych predyspozycji. Można na przykład sprzedawać narkotyki. Brzmi groźnie, ale w przypadku naszych „dealerów” sprawa przedstawiała się dosyć komicznie.

Jako się rzekło, Rennes to miasteczko raczej studenckie. Nie wszyscy studenci wyjeżdżają na wakacje, więc plączą się po sennym Rennes w poszukiwaniu jakiejkolwiek rozrywki. Taką rozrywkę dostarczyć im mogą, i dostarczają, polscy dealerzy z pobliskiego squotu. Co oferują? Oferują wspaniałą marihuanę. Faktycznie, produkt od Polaków przepisowo wali w łeb, a do tego przyjemnie pachnie. I jest w miarę niedrogi. Cóż to za cudo?

To cudo to efekt polskiej przedsiębiorczości. Otóż dwóch naszych dealerów znalazło, czy zasadziło, jakieś liche krzaczory samosiejki w ogrodzie naszego squotu. Warte to było tyle, co krzaki konopi rosnące przy dworcu w Toruniu. Trochę pachnie jak zioło, ale to wszystko. Jak zrobić z tego sprzedawalną marihuanę? Kupić w aptece torbę melisy, wymieszać z samosiejką w proporcjach 5 do 1, popakować w eleganckie foliowe torebki i jazda na ryneczek. Wierzcie lub nie, ale tak, jak byłem tam miesiąc, ani razu chłopaki nie mieli zwrotu towaru. Francuskie studenciaki zadowolone, nasi biznesmeni jeszcze bardziej.

No ale to historyjka do śmiechu. Było też nie do śmiechu. W kolejnym odcinku opowiem, dlaczego strzelał do mnie pewien Murzyn. I o zamianie wina w wodę.

Do następnego razu.