Z czasów nieco bardziej wzmożonej gry w pokera kojarzę dzisiaj, po paru latach, głównie wygrane sumy i bad beaty. Te ostatnie to z reguły pierwsze opowieści, jakie przychodzą mi do głowy, kiedy ktoś pyta mnie o pokera. Ciekawe, bo zazwyczaj w dłuższym czasie wygrywamy przecież więcej niż przegrywamy w pojedynczym, pechowym rozdaniu. Dlaczego wybryki wariancji zostają z nami tak długo?

Chodzi naturalnie o emocje, które towarzyszą nam wtedy, gdy przegrywamy pulę, którą w głowie już dodawaliśmy do swojego stacka. Te momenty wewnętrznych wybuchów złości nie odchodzą tak łatwo. Przypisywanie sobie puli to sytuacje, które prowadzą do wewnętrznego konfliktu. Oczekiwania, całkiem zresztą realne zderzają się bowiem z waria(n)cką rzeczywistością, a przegrane to nie tylko nasze pieniądze, ale również intelektualna porażka połączona ze wstydem i uczuciem niepowodzenia. Zupełnie, jakby lata treningu nie miały znaczenia, bo pokonuje nas (oczywiście często nie swoją zasługą) pierwszy lepszy rywal.

Tak jednak wyglądają realia pokera. Mało tego, nie chcielibyście nawet, aby wyglądały inaczej. Wyobraźcie sobie przez sekundę, że poker to gra, w której można grać idealnie, a wariancja nie ma żadnego wpływu na wynik. W momencie zagrania all-in nie wykładane są na przykład już żadne karty. Dobra decyzja to dobra decyzja i koniec (tak zresztą w zasadzie w mniemaniu dobrego pokerzysty i tak jest).

Przez pierwsze kilka dni zabawa byłaby nie z tej ziemi. Już widzę te spokojne sesje, w której co chwilę przytulamy stack. Potem stało by się jednak coś specyficznego. Powoli gry zaczęłyby stawać się coraz trudniejsze. Nie nastąpiłoby to od razu, ale za rok lub dwa liczba graczy rekreacyjnych poleciałaby znacznie w dół. Zawodnicy ci dostawaliby bowiem łupnia bez możliwości fartownego wyratowania się kartą na turnie czy riverze i odchodziliby od stołów.

Pamiętam analogiczną sytuację z automatów, na które chodziliśmy z kumplami w pięknych czasach młodości, gdy kręgosłup nie bolał, żona nie marudziła, a noce były nieprzespane za sprawą imprez, a nie małego, dwuletniego smroda łapiącego choroby na lewo i prawo.

Jedną z takich magicznych bud z automatami nawiedził był swego czasu automat Mortal Kombat. Wiadomo, dygitalizowane postacie, krwawe ciosy i fatality. Wszyscy rzucili się jak muchy do wiadomo czego. I też było fajnie, ale wariancja klepanych na pałę ciosów bardzo szybko ustąpiła pola umiejętnościom i z czasem było już tak, że na maszynie siedział jeden „master of disaster”, który po kolei eliminował wszystkich chętnych. Nie szło dziada pokonać i był tam zawsze. Do dzisiaj się zastanawiam: „co on domu kurna nie miał?” Wedle mojej spiskowej teorii był synem właściciela „salonu” i napędzał gry, choć wiem, że to nieprawda.

Koniec końców „cyborg” ów, kosił wszystkich równo, po kolei każdemu wyrywając bebechy aż nam się odechciało. Bo niby wszystko fajnie, gramy i tak dalej, ale ile można dostawać po mordzie.

Dzisiaj gram wprawdzie w MK XL, następcę tamtego pierwszego smoczego tytułu zakazanych w Niemczech mordobić, ale nie pcham się nawet w rankingi sieciowe. Mentalnie swoje już oberwałem, dziękuję bardzo :)

W pokerze każdy ma szansę i na tym polega piękno całego pomysłu. Losowy czynnik to coś o niebo lepszego niż komputerowy przeciwnik, który „czyta” nasze ciosy ułamki sekund przed ich wykonaniem (w końcu to on je przetwarza na zachowanie zawodników na ekranie). Poker to nadzieja, emocje i euforia wygranej. Takiej na którą zapracowaliśmy, ale i trochę pomogło nam szczęście. Może i to ostatnie nie zawsze musi nam sprzyjać, ale na pewno jest to lepsze niż regularne „prostowanie kręgosłupa”, które wytrzebiłoby wszystkich rekreacyjnych z gry.

ZOBACZ TEŻ: „Wygrywasz czy tak naprawdę przegrywasz” – Ashley Adams i ocena wyników

baner Freeroll styczniowy