I'm Popeye the sailor man!

Leady są bez sensu. Gorący towar mam dla Was. Ja bym przeczytał…

Dwa dni temu miałem przeprowadzkę. Jeszcze się odgruzowuję z worków i kartonów – główne prace administracyjne będę prowadził w sobotę, kiedy nie ma mnie w wirtualnej redakcji. Wczoraj, gdy nadszedł wieczór, wjechało wino, które nie zdołało doczekać do wizyty mojej ukochanej. Wraz z winem weszła muzyka – a to Spotify, a to Youtube, a to Youporn… Ooops!  To ostatnie cofam (niech w protokole będzie zapisane, że niechętnie).

Nie wiem, czy też tak macie, ale w moim porąbanym świecie dźwiękowe rarytasy smakują najlepiej, jeśli jest je czym zapić. Winko, piwko, ćwiartuchna grejpfrutowego Luksusu – you name it. Słuchawki na uszy, potencjometr rozkręcony do granicy bólu – błogość, stan absolutnego odprężenia. Gdybym tylko ręce rozłożył, mógłbym pofrunąć w siną dal.

To, czego słucham, zależy wybitnie od nastroju. Raz mnie bierze na melodie z dzieciństwa, na utwory, z którymi mam pozytywne wspomnienia. Raz wjeżdża Metallica ze Slayerem. Innym razem Zenon z Białegostoku, a tuż po nim „Orła Cień”, gdzieś podobno niedawno widziany (no fakt, tutaj to już mnie poniosło). Są też takie dni, w których chcę słuchać czegoś bardziej wartościowego; nie lubię stwierdzenia „ambitniejszego”, bo ktoś o innym guście mógłby to w jednej chwili podważyć. Chodzi mi jednak o ten rodzaj muzyki, która w moim odczuciu jest prawdziwą sztuką, najwyższej próby maestrią. Jest całkowitym przeciwieństwem tego, co najczęściej puszczane jest w rozgłośniach radiowych. To nie ma chodzić i nie chodzi „pod nóżkę” – to wdziera się w serce, całkowicie wypełnia przestrzeń. Traf chciał, że wspaniałą muzykę tworzoną przez wybitnych artystów zaszczepił we mnie Jack Daniels – za co z tego miejsca pragnę mu podziękować.

Mandoliny, grajcie!

Powiedzieć, że JD jest audiofilem, to jakby nic nie powiedzieć. Jeszcze nie osiągnął tego stadium, w którym swoją wypłatę w całości przeznacza na porcelanowe kable i podrasowanie „gramofonu”, ale faktem jest, że muzyka w jego życiu jest wszechobecna i stanowi ważną, nieodłączną część tegoż żywota.

Każdy „biały” człowiek, gdy otworzy oczy o poranku, idzie na jedynkę, czasem na dwójkę – w naszym slangu to „przerwa techniczna” lub „brązowy alarm” – w ostateczności staje przed lustrem i niedbale szoruje zęby. U JD tak to nie wygląda. Wszelkie potrzeby natury fizjologicznej i każde inne schodzą na dalszy plan, gdyż na etapie rozruchu są ważniejsze rzeczy do zrobienia. Oficjalne rozpoczęcie dnia pana redaktora ma miejsce w chwili, kiedy z głośników sączy się muzyka (akcentujemy perwersyjnie na trzecią sylabę od końca), a spracowane ręce trzymają kubek gorącej, aromatycznej kawy.

Skąd o tym wszystkim wiem? Nie, nie jesteśmy parą – dojrzali panowie mnie nie pociągają. Zresztą On ma żonę… Mimo wszystko gustuję w niedojrzałych, ale zawsze w pannach. Jednakże charakter wykonywanej przeze mnie pracy – jesteśmy korespondentami wojennymi – sprawia, że regularnie spędzam z panem redaktorem noce i dnie. Z tego wynika pewien problem.

‚Ja się wiążę z takim problemem’, że ten pan mnie stale zaraża podczas naszych wspólnych wypadów. Podobno do niczego nie dochodzi, ale ja też już jestem nosicielem.

A co Wy myślicie – jeździmy sobie z panem Rafałkiem na turnusy rozmaite, więc jest gdzie się zarażać. A to Ołomuniec, a to Ołomuniec. Od czasu do czasu wpadamy do Ołomuńca. Raz było romantyczniej, JD zabrał mnie do cukierni w Rozvadovie. Taki szalony i pomysłowy jest ten mój pan redaktor… I tak mijają nam godziny i dni. Prykamy sobie w pokojach – JD bardziej. Chrapiemy sobie w nocy – JD bardziej.

„Doro, fajo, co ty wiesz, w nogach śpisz. Kilka razy w nocy muszę cię uciszać” – z miejsca wprowadzane są sztandary. „Naprawdę?” – Doro wypowiada te słowa, a w międzyczasie w filuterny sposób zawija jeden z tych swoich sexi loków na głowie. Już widać, że coś kombinuje. A po chwili dodaje: „Handluj z tym!”.

Oczywiście, że ja chrapię bardziej od Ciebie, ale to Ty dałeś się nagrać… U mnie jest klasyczne podejście do tematu: „fotka albo się nie zdarzyło”. Nie masz kwitów – jesteś pokonany – w tej wojnie na chrapanie.  Triumfuję… <3

Stary niedźwiedź mocno śpi

Stary niedźwiedź mocno śpi. Ale … nadal zaraża. Muzyką zaraża. Pan JD pokazał mi muzykę, nie tę pod nóżkę i że „Ni mom hektara”. Pan JD wypełnił moje serce muzyką od prawdziwych muzyków. Kto zwątpił w Doro i pomyślał, że gruby jebnął się na maśle maślanym? My, artyści – pan JD na pewno, ja to raczej onanista –  takich widocznych frappe raczej nie popełniamy. Tak więc wiedzcie, ze zabieg stylistyczny zamierzony.

Małgorzato! Żono Rafała. On zdradza Cię tylko z Sade! No taka Ci powiem nawet MILF. Ale przede wszystkim najwyższej próby artystka. Właściwie można by rzec, że jesteśmy w w trójkącie. Ale czekaj, Gośka, jest jeszcze George Michael (ŚP). Taki wielokąt foremny nam się szykuje. Jurek miażdży dusze melodyjnie jak Dadowiec (picolo)rzystów w biurze.

No, to tyle Wam chciałem powiedzieć o muzyce w dniu dzisiejszym. Bo ten blog jest o muzyce, prawda?

And the sun is gonna shine… Rozpościeram… Odlatuję. Dziękuję Jack Daniels <3. Winko na mój koszt.

PS: „Siódmy syn siódmego syna”, riff gitarowy. Orgazm. No i wyszło, że Jack jest dostarczycielem orgazmów. Szkoda, że tylko o tym w Fakcie napiszą ;).

baner KO Series - czerwiec 2018

Pasjonat pokera. Niestety do samej gry chyba nieuzdolniony (chociaż kiedyś szipnął The Hot 0,55 na ponad 7 tys. osób). Gdyby było inaczej, nie kisiłby się na mikrostawkach od - ho, ho, ho - lub jeszcze dłużej. Może to wina tego, że nie wie(dział), co to jest bankroll management. Uwielbia wszystko, co związane jest z lotnictwem oraz lubi czytać książki. Kocha ludzi i zawsze stara się w nich widzieć pozytywne strony.