Blog Doro zdjęcie główne

Na scenie pokerowej tyle się dzieje, że nie miałem kiedy usiąść do pisania swoich wrażeń z majówki w Tatrach. Na szczęście sobota była trochę luźniejsza i w końcu udało mi się wysmarować drugą część. Zachęcam do czytania przygód nieporadnego wędrowca. [Część pierwsza]

Tej niedzieli słońce wstało o godz. 05:22, a my jakieś dwie i pół godziny po nim. Plan na dzisiejszą wędrówkę obejmował dojście na Wiktorówki, gdzie kierowniczka wycieczki miała czynnie uczestniczyć w mszy, a ja miałem Jej towarzyszyć. Następnie chcieliśmy wejść na Gęsią Szyję i dojść przez Rówień Waksmundzką i Wolarczyska do Murowańca (rzecz jasna po repetę pomidorowej).

Trasa wyglądała na bardzo łatwą, co sprawiło, że miałem bardzo optymistyczne nastawienie. Nie zdążyliśmy jeszcze dojść na przystanek, z którego odjeżdżał bus, a już porwał nas bardzo sympatyczny taksówkarz, który odstawił nas na parking Wierch Poroniec. Musieliśmy wyglądać jak typowi turyści. Przy wejściu na zielony szlak nie było nikogo w budce z biletami – pewnie sprzedawcę przycisnęła jedynka lub dwójka – toteż weszliśmy bez płacenia. Jak to mówią: człowiek ze wsi czasem wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy. Coś w ten deseń, ale… dycha w kieszeni.

Szło się bardzo przyjemnie, gdyż szlak przez większość czasu prowadził po płaskim. Doszło do takiej sytuacji, że po raz pierwszy w historii zaczęliśmy kogoś wyprzedzać. Babcie z laskami i balkonikami w końcu zostawały w tyle. Oddychałem pełną piersią. Czułem wiatr we włosach. Byłem gotowy zaatakować Orlą Perć.

Po jakiś 40 minutach doszliśmy na Rusinową Polanę. Kto był w tym miejscu, ten wie, jaki piękny widok rozpościera się stąd na polskie i słowackie szczyty. Zapatrzyłem się w dal i zamarłem. Chwilę potem wjechał kabanos i łyk wody, niestety piknik się szybko skończył, gdyż Reiseführerin w niewybrednych słowach kazała mi zbierać się do kaplicy na mszę. Po 10 minutach marszu po bardzo błotnistej drodze ujrzałem piękną kapliczkę… z anteną NC+ na szczycie, a obok niej drewniany kantorek… z panelami słonecznymi na dachu. Magia tego miejsca nagle uleciała.

Msza jak msza – jakoś wysiedziałem. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wyciągnął z jej przebiegu jakiegoś smaczku, którym mógłbym się z Wami podzielić. Gdy przyszło do zbiórki na abonament telewizyjny, wyszedł Herr w gładkiej, zimowej kurtce i nie opuścił nikogo bez podstawienia mu koszyczka pod ryj. Gdy chwilę potem rozdawano komunię, już nikt do wiernych nie wyszedł. Wnioski wyciągnijcie sami. W czasie mszy najbardziej podobało mi się jej zakończenie, gdy na ambonę wyszedł chłop i po góralsku odmówił modlitwę do Matki Boskiej Królowej Tatr w intencji bezpiecznych powrotów. Aż łezka mi się w oku zakręciła. Nie powiem, to była moc.

Po mszy zaliczyliśmy szybki catering i wróciliśmy na Rusinową Polanę, żeby z niej wyruszyć na Gęsią Szyję.

Na szczyt wchodziło się jak po schodkach, dosłownie. Od pewnego momentu było śnieżno i ślisko, co akurat nam nie sprawiało większych problemów, ale wielu ludziom w trampkach i adidasach, tak. Szczerze mówię, że dla mnie to podejście było męczące. Niby to tylko wchodzenie po schodach, ale odległość między stopniami była taka, że nie mogłem w trakcie wejścia stosować mojego stylu kroczek po kroczku – inna nazwa to gejsza z zapaleniem pęcherza – tylko musiałem stawiać większe kroki. Czułem, że moje uda stają się twarde jak kamień i w ogóle mi się to nie podobało.

Na szczycie jednak dostałem swoją nagrodę. Były tam dwa miejsca do tego, aby podziwiać piękne krajobrazy. Gdyby nie typowa polska rodzina – Grażyna, Janusz i dwójka ich przetrąconych dzieci, którzy zdecydowali, że odpoczną sobie w najlepszym miejscu, z którego można było robić zdjęcia – nawet bym się nie podkurwił. Starałem się pośrednio dać im do zrozumienia, że może by ruszyli swoje dupska, bo nie są tu sami – chrząkałem, kasłałem, głośno mówiłem do Marty o potrzebie zrobienia zdjęcia – ale oczywiście wszystko to na nic – plażing i łomżing w pełni. A jak już Janusz wyciągną lunetę, to od razu powiedziałem: „Kochanie, opuszczamy ten lokal, resztę pokażę Ci w Google Earth”.

Ogarnęliśmy drugi punkt widokowy, gdzie ludzie w większym stopniu kooperowali, a nawet zawarliśmy znajomości na szczycie. Chwilę potem udaliśmy się w dół. Zejście, bardzo przyjemne, doprowadziło nas na Rówień Waksmundzką, gdzie zadecydowaliśmy o zmianie planów. Nie idziemy ponownie do Murowańca, bo znów będziemy musieli się spieszyć podczas zejścia do Kuźnic, tylko idziemy do Wodogrzmotów Mickiewicza, a potem na piwko i szamę do schroniska w Dolinie Roztoki.

Trasa była przyjemna, choć w jej trakcie kierowniczka wycieczki zaliczyła 2-3 „szorowańska” kuprem po śniegu. Na szczęście na swojej drodze nie napotkaliśmy żadnych poważnych trudności, ale szczerze mówiąc, to pod sam koniec zejścia stopy mnie już mocno bolały. W końcu trafiliśmy do pięknie położonego schroniska, które zlokalizowane jest trochę na uboczu, przez co może nie jest tak popularne jak inne tego typu obiekty w Tatrach. Wjechał bigos i szarlotka, a piwo to chyba poszło na trzy łyki. Konieczna była natychmiastowa repeta. Dodam tylko, że część wycieczki, która choruje na wegetarianizm, w tym czasie zajadała się oscypkami z żurawiną. Przykry widok, choć danie samo w sobie było bardzo smaczne, ale jak można z własnej woli wybrać coś takiego, a wzgardzić bigosem? Niezbadane są wyroki boskie.

W pewnym momencie zobaczyłem na sali chłopaka w koszulce ze świńskim ryjem. Na snapie zapragnąłem mieć taką samą (prawie jak ten chłopiec słonika na strzelnicy). Była „przeuroczasta”, a więc poprosiłem blondynę, żeby poszła i zagadała do właściciela z zapytaniem, gdzie ją kupił. Szefowa nawiązała kontakt z wrogiem i niestety okazało się, że mój obiekt pożądania jest z „kupciuszka”, metka była sprana i w ogóle to kataklizm uniemożliwiający identyfikację towaru. Z koszulką niestety nie wyszło, za to kolega od prosiaczka dosiadł się do nas – może liczył na to, że jesteśmy z Martą rodzeństwem – i wywiązała się naprawdę super rozmowa. Po chwili pojawił się jego kompan i już miało wjeżdżać Dobble™ i kolejne kufle piwa, ale trzeba było niestety iść. Żałowaliśmy, że nie możemy zostać, bo nadawaliśmy na tych samych falach, a wieczór zapowiadał się na szalony.

Po wyjściu ze schroniska szybko dotarliśmy do drogi Oswalda Balzera, a że ryjki nam się cieszyły, to równie szybko zasymilowaliśmy się z kilkuosobową grupą chłopaków pochodzących z Kielecczyzny (serdecznie pozdrawiamy). Cóż to były za egzemplarze – z ich historii śmialiśmy się z Martą non-stop, przez co droga na Palenicę Białczańską minęła nam w mgnieniu oka.

Chyba właśnie to najbardziej lubię w górach – zaraz po pięknych widokach i pozytywnym zmęczeniu – spotkania z wyjątkowymi ludźmi. A że my zawsze jesteśmy bardzo otwarci, to co rusz nawiązujemy znajomości na szlakach (o wspólnych biesiadach w schroniskach to nie wspomnę). I nawet jeśli jest to kontakt tylko chwilowy, a znajomość kończy się po kilku minutach czy godzinach, to w mojej ocenie te spotkania bardzo ubogacają nasze wyprawy w góry. Ja po prostu uwielbiam pozytywnych ludzi.

Tego dnia nie wydarzyło się już nic godnego odnotowania, no może jeszcze to, że Martini ze Spritem weszło jak Bobo Frut, gdy już dotarliśmy na kwaterę… Czas spać. Jutro idziemy na Piątkę i już wcale nie będzie nam do śmiechu.

***

888poker kończy działalność w Polsce. Szukacie nowego miejsca do gry?

Zapraszamy na PartyPoker, gdzie czekają na Was m.in.: 20$ na start, bonus 100% do 500% oraz najlepszy na rynku program rakeback, który daje wam co tydzień do 40% zwrotu prowizji. Już teraz zarejestrujcie swoje konto – z tego linku – i ponownie cieszcie się grą w pokera.

UDOSTĘPNIJ
Pasjonat pokera. Niestety do samej gry chyba nieuzdolniony (chociaż kiedyś szipnął The Hot 0,55 na ponad 7 tys. osób). Gdyby było inaczej, nie kisiłby się na mikrostawkach od - ho, ho, ho - lub jeszcze dłużej. Może to wina tego, że nie wie(dział), co to jest bankroll management. Uwielbia wszystko, co związane jest z lotnictwem oraz lubi czytać książki. Kocha ludzi i zawsze stara się w nich widzieć pozytywne strony.